skoki w Warszawie, Trójmieście i na Mazurach | skok spadochronowy | skoki spadochronowe | skok w tandemie | skoki w tandemie | skok ze spadochronem | skoki ze spadochronem | skoki tandemowe

skoki spadochronowe z instruktorem

Tandemy.pl
skoki tandemowe
1

Chcesz skoczyć?
Zadzwoń: 0-606 321 181

2

Kliknij, aby zarezerwować skok w tandemie dla siebie lub bliskich
(Click for Tandem reservation form)

3

Chcesz się dowiedzieć więcej?
Wypełnij formularz, a my
skontaktujemy się z Tobą

Główna -> Wyjazdy spadochronowe -> Gdzie już byliśmy ->
Sevilla listopad 2008 Email

Trwający ponad miesiąc wyjazd do Sevilli zaowocował kilkoma relacjami uczestników. Daje to lepszy obraz i pokazuje co podoba się w tego rodzaju przedsięwzięciach.


Okiem Iwana
 Szast prast i kolejny wyjazd spadochronowy za nami. Jak zwykle pod pewnymi względami był podobny do poprzednich a zarazem zupełnie inny. Choć każda z podróży ma taki sam cel – wypoczynek połączony z nabywaniem doświadczeń spadochronowych w nowych miejscach to zawsze to co najtrwalej odciska się Skokipamięci to połączenie osobowości uczestników i relacji między nimi. Skoki są zawsze fajne, ciepłe kraje, słońce, nowe samoloty i nowe strefy zrzutu to jest dokładnie to, czego potrzeba skoczkowi gnieżdżącemu się w naszej głowie. Nie da się jednak żyć samymi skokami, bo za bardzo przypominałoby to uzależnienie. Z wiekiem nabieramy innej perspektywy, przekonujemy się, że prawie tak ważna jak treść jest jej oprawa. Można samotnie zjeść na zimno indyka na ławce w parku popijając napojem z kartonu ale można też usiąść w przytulnej knajpce z uśmiechniętymi znajomymi i ze spokojem delektować się smakiem nigdzie nie spiesząc się. Zegary cykają do tyłu a każdy moment jest magiczny i ulotny. To jak będzie wyglądał zależy tylko od nas.

  Od ponad dziesięciu lat organizuję wyjazdy zagraniczne w okresie jesienno zimowym i każdy z nich jest coraz to inny. Następuje ewolucja związana z gromadzeniem się doświadczeń i wiedzy o takich wyjazdach. Zmiany są uwarunkowane również nieustająco spadającymi kartkami z kalendarza, które kształtują oczekiwania i umiejętności ich spełniania. Możliwości spełniania swoich i czyiś oczekiwań wzrosły drastycznie, gdy parę lat temu Ula dołączyła swoją siłę piękna i porządku. Wyjazdy zagraniczne stały się w pełni zorganizowanymzałoga wypoczynkiem, na poziomie satysfakcjonującym dorosłych ludzi. Owocem tej ewolucji był jesienny wyjazd do Sewilli.

Pierwszy raz liczba zainteresowanych wyjazdem osób (celowo nie napisałem skoczków, gdyż od pewnego czasu jeżdżą z nami spragnieni wypoczynku w fajnej atmosferze tzw nieskoczkowie) była tak duża, że trzeba było podzielić pobyt na dwa turnusy. Gęba mi się od razu uśmiechnęła bo w tym roku bardzo potrzebowałem długiego wypoczynku. Z tego też powodu zgłosiłem apel o jak najmniejszą liczbę studentów AFF tak, abym miał więcej czasu na fandżampy.

Nie to, że nie lubię robić skoków szkolnych, raczej to, że trzeba zawsze zachować balans w skakaniu. To tak jak z uczeniem się nowych rzeczy i zabawą w powietrzu. Jeśli za dużo się uczymy i uważamy, że nie warto się bawić bo to strata pieniędzy to szybko się wypalimy. Nie będzie w nas energii do dalszego skakania. Podobnie po przeciwnej stronie mamy entuzjastów czystej, niezmąconej nauką zabawy, którzy zostają w tyle i nikt z nimi nie chce skakać bo brak im fundamentalnych umiejętności podczas spadania. Jeśli znajdziemy czas na naukę i na zabawę to możemy sobie działać przez wiele lat. Z przed wylotemmojego punktu widzenia podobnie jest ze skokami tandemowymi, skokami AFF a skokami doskonalącymi i fandżampami ;)

Wracając jednak do sedna sprawy. Filozofia życia polega na życiu, wypoczynek to oderwanie od doskwierającej rzeczywistości i nabranie oddechu przed powrotem do matriksa. Skoki wspaniale pomagają się oderwać od rzeczywistości ale muszą być połączone z brakiem napięcia, z czasem, który możemy przeznaczyć dla innych ludzi, z dobrym jedzeniem, które jest podstawą integracji i z innymi aktywnościami, które będą tłem do naszego skakania. Nie wyobrażam sobie już skakania bez wygospodarowanego czasu na zwiedzanie, na dobre restauracje, na byczenie się na plaży, na latanie paralotniami i wszystko to co jest uwypukla emocje skoków. Cdn.


Relacja Mai
Rozmowy o Sevilli było słychać na strefie już od połowy sezonu. Mnie też pod koniec sezonu wyjazd zaczął cpo skokuhodzić po głowie, ale w końcu uznałam, że za daleko, nie stać mnie, a poza tym to studia, więc nie jadę. Ale nagle nastąpiła zmiana, życie po raz kolejny w tym roku miło mnie zaskoczyło (a właściwie to dobrzy ludzie, jakich spotkałam w moim życiu miło mnie zaskoczyli) i wyszło na to, że jednak jadę :))

Po południu w czwartek 6 listopada zaczęłam moją długą samotną podróż do Sevilli. Po przylocie z Warszawy do Zurichu, miałam do zagospodarowania 13 godzin. Myślałam, że przynajmniej połowę tego czasu prześpię, ale po kilku godzinach prób zaśnięcia na lotnisku, uznałam, że to nie ma sensu i poszłam zwiedzać miasto. Idąc przed siebie, doszłam do ulicy, której nazwa po polsku brzmi Przemysłowa, zobaczyłam salony samochodowe, obejrzałam jakąś fabrykę, a następnie zawróciłam, bo mi się nie podobało. Kilka godzin później wyleciałam do Madrytu.

Po przylocie pojechałam metrem na dworzec i po dotarciu cieszyłam się, że jeszcze 3 godziny i wreszcie będę na miejscu. Okazało się, że jednak tak szybko nie będę... Podczas krążenia po dworcu i szukania miejsca, gdzie można kupić bilety na pociągi AVE, najbliższy z tych pociągów odjechał. Nie zmartwiło mnie to, bo wiedziałam, że jeżdżą co godzinę. Kiedy jednak w końcu znalazłam odpowiednią kasę (a łatwe to dla mnie nie było, bo jak się okazało, nie każdy pracownik dworca zna angielski, nawet jeśli pracuje w informacji), dowiedziałam się, że najbliższy pociąg z wolnymi miejscami jest za 4 godziny. „No cóż” - pomyślałam sobie i podobnie jak w Zurichu, poszłam gdzieś przed siebie. Na szczęście tym razem trafiłam na ładniejsze okolice ;)

Pół godziny po północy, po 33 godzinach podróży wreszcie dotarłam do Sevilli. Myślałam, że tylko Sebę zobaczę na dworcu, a tu niespodzianka, bo okazało się, że jeszcze Wiksie, Zimie, Andzi i Lookiemu chciało się po mnie o takiej godzinie przyjechać :) Pozwiedzaliśmy jeszcze trochę ulice Sevilli, pooglądaliśmy różne zakazy wjazdu i zakazy skrętu i w końcu, jakimiś wąskimi krętymi uliczkami, udało się Sebie wyjechać z miasta i dojechaliśmy do domu. Zima od razu chciał mnie wrzucić do basenu na przyjezdnego, ale jeszcze wtedy się wykręciłam ;) Następnego dnia, po 6 godzinach snu, baaardzo niewyspana i baaardzo zmęczona, pojechałam z resztą ekipy na strefę. I już w pierwszym skoku czegoś się nauczyłam :) A konkretnie, dowiedziałam się, jakie głupoty mogą przyjść człowiekowi do głowy, jeśli się nie wyśpi.

Przed skokiem Iwan pokazał mi na zdjęciu lotniska, gdzie powinnam lądować. Powiedział mi o tzw. safety line, które jest na skraju miejsca do lądowania i którego nie wolno przekraczać, pokazał rów, który jest na środku lotniska i powiedział, żebym lepiej w pierwszym skoku wylądowała za nim, bo tam jest miękkie zaorane pole, a przed nim jest twarda ziemia. I tak miałam zamiar zrobić... Po otwarciu spadochronu spojrzałam na lotnisko, zobaczyłam rów i... stwierdziłam, że to jest na pewno ta linia, której miałam nie przekraczać. Odwróciłam się więc tyłem do rowu i patrząc na wielkie zaorane pole, zastanawiałam się, gdzie zaczyna się to zaorane pole. skokPamiętałam, że na zdjęciu było widać wyraźną różnicę w kolorze ziemi między tą twardą a zaoraną, a z góry o dziwo wszystko wyglądało tak samo... Po pewnym czasie zauważyłam jednak, że w oddali ziemia ma trochę inny odcień, więc pomyślałam, że to właśnie tam powinnam wylądować. Wspomnę jeszcze, że pamietając o moim niezbyt dobrze trafionym pierwszym lądowaniu w Przasnyszu w zeszłym roku i jeszcze bardziej nietrafionym pierwszym lądowaniu w Przasnyszu na początku tego roku, postanowiłam w Sevilli postarać się i wylądować za pierwszym razem dokładnie tam, gdzie zamierzę. No i wylądowałam tam, gdzie sobie zamierzyłam... Dopiero kiedy po wylądowaniu szłam, szłam i szłam przez pole, domyśliłam się, że jednak znowu nie trafiłam, tam gdzie powinnam ;) A to nie był koniec, bo potem układałam spadochron. I jestem wdzięczna jednemu ze strefowych układaczy, że zwrócił mi uwagę na niezahamowane sterówki, bo nie wiem, czy nie dokończyłabym układać niezauważając tego...

Resztę dnia spędziłam siedząc, rozmyślając, robiąc zdjęcia i patrząc jak skaczą inni. I tak z powodu zmęczenia miałam zamiar skoczyć tego dnia tylko raz, ale potem uznałam, że nawet ten jeden skok powinnam sobie odpuścić. Ale już następnego dnia, po 13 godzinach snu, zaczęło się jump, land, pack, repeat :) Miałam też czas na to, czego mi często brakowało podczas sezonu w Przasnyszu, kiedy próbowałam pogodzić skakanie z pracą w manifeście, czyli reeelaks i napawanie się szczęściem po skoku :) Ze wszystkich skoków, które wykonałam w ciągu tygodnia najlepiej wspominam te z Asią, po których stwierdziłam, że ja już coś zaczynam umieć :) Miło też wspominam dzień spędzony na zwiedzaniu Sevilli, bo żadne miasto, które dotychczas widziałam nie umywa się do Sevilli, która jest po prostu piękna. Chociaż z takimi ludźmi, to na pewno nawet zwiedzanie ulicy Przemysłowej w Zurichu bardzo miło bym wspominała ;)

To, co zapadło mi w pamięć, to też pyszna lazania z tuńczykiem, którą Łukasz zrobił akurat ostatniego dnia mojego pobytu. A kiedy zjedliśmy już lazanię, i kiedy Robert wskoczył do basenu z okazji skończenia AFFa, i kiedy skoczył Miłosz, a potem Bułka, Zimie przypomniało się, że jeszcze ja nie skoczyłam. Lubię próbować nowych rzeczy, a do tak zimnego basenu, tak zimną porą dnia jeszcze nigdy nie skakałam, więc postanowiłam spróbować. Łatwiej mi było pierwszy raz z samolotu wyskoczyć, ale doping był duży i pomógł :) Następnego dnia wsiadłam do pociągu, pojechałam do Madrytu, stamtąd poleciałam do Zurichu, tam ponownie próbowałam spać na lotnisku i następnego dnia wyleciałam do Warszawy. Na koniec pozachwycałam się pięknymi szwajcarskimi górami, chmurami i moim życiem :), a dwie godziny później wylądowałam na zimnym, pochmurnym lotnisku, skąd pojechałam na uczelnię, żeby napisać kolokwium z mikrobiologii.



O wyjeździe pisze Mariolka
A z mojej perspektywy było tak : W święto zmarłych, zamiast na cmentarz pojechałam na Okęcie, z wielką torbą trzech wersji ubrań na każdy dzień (nie mówiąc już o bieliznie), dziękując w duchu organizatorom, ze zabrali bagaże GŁÓWNE. Ponieważ nikogo nie znałam, nie umiałam tego forum obsługiwac i nie wiedziałam, ze gpo skokurupa sie umówiła, to czekałam samotnie, aż pojawił się Łukasz. Szybko osiągnelismy fazę głupawki, apogeum było w Barcy gdzie przemiezylismy całe lotnisko szukając własciwego miejsca odprawy, ale na szczescie namierzylismy resztę grupy ;).

W Sevilli odebrali nas Łukasz i Seba, w samochodzie zapoznaliśmy Państwa Tatjanów, głupawka nie ustawała, więc byłam pewna, że mają nas za...:). Dojechaliśmy, domek super, optymizm rośnie, Ula rozlokowuje w pokojach, ja z Gunią (wtedy jeszcze z Agnieszką), wszystko gra. Drugi dzień zaczyna się leniwie, każdy bada teren, jak juz jedziemy na lotnisko to sie okazuje, że nie wziełam ubezpieczenia, wiec namówiłam pogode, zeby nie było skoków i nie było. Ale juz od dnia nastepnego ciśnienie w skoczkach wyraźnie wzrosło, były skoki, skoki i skoki. I kolacja i wino. Dnia 3-go miałam juz takie zakwasy od scigania Łukasza w powietrzu, że z wielką radościa przyjęłam propozycję dnia wolnego.
I była Sevilla - pięknaa - i dłuuugi spacer. Kolejny dzień to plaża i znowu spacer z Łukaszem i Gunią tym razem, niewątpliwą atrakcją był lew wąwozowy. No i ta grupa wtedy powstała, ale ja spękałam :(. Czego do dzis żałuję. Potem znowu skoki. Boskie skoki. I Madryt - postanowiłam się troche poalienować. Warto było. I znowu skoki...Łukasz na szczeście nauczył się latać na plecach. Fanie było, z Ulą, Iwanem, Asią, byłam nawet kamerzystą! Wieczorami standardowo winko, tańce przy kominku...i Gunia taka fajna w pokoju (szczegółów nie mogę zdradzać). I koniec. Niestety. Aaa, zapomniałam o flamenco - faceci tak tańczyli (niebieski zwłaszcza), że ciarki na plecach.



Jak to widziała Ines
Podróże, zwiedzanie to mojej odwieczne marzenie, ale do tej pory miałam ograniczone możliwości, a przynajmniej tak mi się wydawało. Człowiek wmówi sobie wszystko co chce Słuchając relacji z poprzednich Ineswyjazdów bardzo, bardzo chciałam jechać i miałam nadzieję, że wypali termin w ferie zimowe. Nie wypalił, ale czytając o przygotowaniach do wyjazdu listopadowego zaczęłam kombinować, że może na długi weekend, a może uda się na tydzień. Rozsądek walczył z potrzebą serca i emocjami i w końcu te drugie wygrały. Poległam, wzięłam urlop, kupiłam bilety i fruuu 8 listopada ruszyłam w swoją pierwszą, i jak Maja samotną podróż na południe Europy.

Sama podróż przebiegła bez zakłóceń, choć nie miałam biletu na pociąg z Madrytu, a to był ostatni tego dnia, więc małego nerwa miałam, ale szczęście mi sprzyjało. I tu potwierdzam, Hiszpanie mówią gorzej po angielsku niż ja. Ale od czego ma się ręcę, nogi i wyobraźnię, można się dogadać Na dworcu niespodzianka, przyjechali po mnie Seba, Andzia i Gunia, a podróż do villi była podobna jak u Mai Założenie na wyjazd było bardzo ambitne: skończyć AFFa, ale po przyjeździe perspektywa zaczęła się zmieniać, bo było super i bez skakania. Człowiek się budzi, otwiera oko a za oknem palma, słońce świeci, nie trzeba się śpieszyć, chcesz jechać na strefę to jedziesz, nie chcesz to zostajesz, albo możesz jechać później. Totalny luuuuz :) Pierwszy dzień przeznaczyłam na aklimatyzację i nie skakałam...chociaż nie, jednak skakałam ;) Nie dało rady się wykręcić i na przyjezdnego z pomocą Roberta vel Tatjana wykonałam przerażający skok do basenu . W życiu bym nie skoczyła, ale netoperek robi swoje ;) Pan Tatjan służył pomocą i omal nie przypłacił tego życiem, bo chcąc wyjść jak najszybciej z jakże orzeźwiającej wody wcisnęłam biedaka pod powierzchnię, na szczęście w porę się zorientowałam i Pan Tatjan z lekką traumą mógł w foczym stylu wylec na brzeg

Co do skakania właściwego to nadal więcej we mnie strachu i różnych barier niż radości, ale te proporcje z każdym kolejnym skokiem się zmieniają, bariery puszczają, więc za jakiś czas...Pierwszy skok w hiszpańskie powietrze był skokiem na "przewietrzenie" z możliwością wyjścia w kontakcie (masz wakacje dziewczyno! :)), ale nie skorzystałam Następnego dnia ciut się zachmurzyło, więc walnęliśmy focha na pogodę (w Hiszpanii chmuuuryyy, no nieee) i pojechaliśmy zwiedzać Sevillę - piękne miasto. Kolejne dni spędzone na strefie przeleciały w mgnieniu oka. Wykonałam jeszcze dwa skoki, drugi był w miarę dobry, więc Iwan orzekł, że jeśli wykonam plan w kolejnym to skończę AFFa. I to był błąd No bo jak to, to ja zaraz mam skakać sama, bez Iwana??? Oooo boszszsz! Spięłam się tak, że w następnym skoku Iwan podziwiał moje podeszwy Ale dzięki Sebie i jego wykładom, pierwszy raz skoczyłam bez radia (mój mały sukces) i wylądowałam tam gdzierelacja z basenu chciałam :)

A wieczoramiiii.... hmmm, jeszcze większy luuuz. Rozmowy na tematy poważne i mniej poważne, oglądanie powietrznych popisów, wypasione jedzonko, trunki różnej maści, baila chiki chiki itp. itd. Żyć nie umierać Niestety w sobotę rano trzeba było się zawinąć i wrócić do naszej kochanej Polszy. Podsumowując: będąc tam straciłam poczucie upływającego czasu, zero pośpiechu, zero przymusu, ograniczony kontakt ze światem zewnętrznym (Iwan miał chęć neta odciąć, ale niektórzy pracę ze sobą zabrali). Po prostu nirvana, której nie chce się opuszczać, ale rzeczywistość brutalnie cię z niej wyrywa. Na szczęście można do niej wrócić, więc plany na przyszły rok już się rysują Jeszcze raz dzięki wszystkim za cudowny tydzień odpoczynku :)



Relacja Guni

Tak naprawdę wszystko zaczęło się, kiedy Ula zaczęła mówić o wyjeździe jakoś tak w sierpniu czy może trochę później. Wtedy bardzo chciałam pojechać, ale wydawało mi się, że nie mogę, bo praca, zobowiązania i takie tam różne. Teraz już wiem, że tylko od mnie zależy co, jak i kiedy robię. Pewnego wieczoru Ula napisała na relacjaorum, że są właśnie bilety w bardzo atrakcyjnych cenach i kupuje je dla tych co jadą… coś błysnęło, kilka telefonów i decyzja zapadła w niecałą godzinę:). Później to już było tylko odliczanie do wyjazdu i 1 XI wieczorem, nawet bez większych przygód, znaleźliśmy się w Sewilli. Na lotnisku Andzia w pomarańczowej kurtce piszcząca z radości, potem Lookie i Seba i za chwilę byliśmy w domu, jeszcze tylko losowanie kto z kim mieszka i już wakacje rozpoczęte. Nie będę zanudzać Was streszczeniami każdego dnia, powiem tylko, że działo się, oj działo i w dzień i w nocy ;) (ale to pewnie Ula opisze)… Lotnisko, skakanie, imprezy basenowe, skoki synchroniczne z Wiksą, wycieczki, plaża, ocean, lew wąwozowy, kominek, szisza, netoperek, te małe kroplówki…, cudne jedzenie i poczucie, że niczego nie muszę. Robię to, na co mam ochotę!

Jadąc do Hiszpanii miałam ambitny plan podkręcenia cyfry, może zrobienia jakiejś licencji, ale życie pokazało po raz kolejny, że nie będzie tak jak ja sobie wymyślę, tylko tak jak ma być, ale nic nie dzieje się bez przyczyny…. Ci, co trochę mnie znają wiedzą, że mam tremę przed nieznanym, mówiąc wprost bałam się jak diabli nowego miejsca, bałam się, się nie trafię w lotnisko itp, ale dzięki Mariolce (mojej uroczej współlokatorce) miałam trochę czasu na oswojenie lęków, bo w niedzielę nie skakaliśmy, ale już od poniedziałku poszły konie po betonie, pogoda znakomita, widoki cudne i latanie prawie z 5000 metrów, a dodatkowo przy każdym planowaniu miałam dużą radość kiedy manifest próbował wymówić moje imię, o nazwisku nie wspomnę .

Nie byłabym sobą gdybym jakiejś przygody nie zrobiła, więc dostarczyłam emocji sobie i pewnie trochę reszcie wczasowiczów ALE ponieważ nic nie dzieje bez przyczyny …zostałam tydzień dłużej :))))) Nie skakałam już, ale wycieczka do Kadyksu, oglądanie Afryki i te przedpołudnia z Łukaszem…….. rozmarzyłam się………….. To, że odpoczęłam to oczywiste, to że były to moje najlepsze wakacje też, ale to co najważniejsze, toatlantyk ATMOSFERA i LUDZIE. Żadnej spinki, żadnego napięcia, żadnych nerwów i mnóstwo dobrej energii. Ja czasem mówię, że tu nikt nie jest normalny ale ta nienormalność jest CUDOWNA!!!!!Dziękuję Wam za to, że jesteście tacy, jacy jesteście!!!!!!! Specjalne podziękowania należą się Uli za to, że kiedyś dawno temu namówiła mnie do pierwszego skoku, bo bez tego pewnie nie trafiłabym w końcu i do Sevelli i nie poznała tylu WARIATÓW.


A tak opisała wyjazd Gandzia
Kochani. Ja byłam jedną z kilku szczęśliwców, którym dane było rozkoszować się hiszpańskim słońcem i klimatem przez calutki miesiąc. I w tym miejscu przyznam szczerze, że kiedy przyszło pożegnać się z przygodą i powrócić w rodzinne strony, myślałam sobie, że to wciąż mi mało, że jeszcze choć na chwilkę cudownie byłobyzaloga zostać. Niestety, nic nie trwa wiecznie, ale to nie znaczy, że nie można czegoś powtórzyć… Dlatego też w tym miejscu pozdrawiam odważnych: Ines, Maję, Agapkę i Grabarza, którzy świadomie, wg mnie, zdecydowali się na samookaleczenie własnych serc z racji tak krótkiego terminu pobytu. Ja nie dałabym rady!

Wyjazd do Sevilli był dla mnie czymś nowym. Wiadomo, jak to ze mną było. Życie zaczęło mi się przewracać do góry nogami, uczucia szalały, umysł się wyłączył, pozostała Intuicja… Pod koniec sezonu 2008, po podjęciu wielu trudnych decyzji, wszystko znalazło swoje miejsce. To był również czas, w którym dobrzy ludzie namówili mnie na wyjazd, a raczej umożliwili mi całą tą wyprawę. Dzięki nim odkryłam życie na nowo! Tak wiec: dzięki Wam! Nasza wyprawa jednoczyła ludzi w jednym celu: spędzenia tego czasu w miłej Atmosferze, nie ważne, czy skacząc, czy zażywając kąpieli w basenie, czy tez zwiedzając nowe miejsca.

Dla mnie osobiście czas spędzony w Hiszpanii był okresem wyjątkowym i niepowtarzalnym z kilku względów. Po pierwsze wszystko co dobre, tworzyli ludzie. Każda z osób przebywających z nami w Sevilli była inna. Każda odznaczała się różnym temperamentem, innym poczuciem humoru, poziomem żartów , reakcją na stres, odmiennym okazywaniem radości, z różnych powodów się smuciła…. Cudownie było na to popatrzeć, na tak różne osobowości. Każdy był inny. A najwspanialsze jest to, że wszyscy się cudnie dogadywali. Nocne Polaków rozmowy wyłaniały na światło dzienne ludzkie mocne strony i wszelkie słabości. Pięknie było patrzeć na radość ludzi z możliwości beztroskiej zabawy, czystego umysłu i niczym nie zmąconego spokoju. Po drugie, poprzez wyjazd poszerzyłam swoje horyzonty, fizyczne i psychiczne… Przełamałam bariery międzyludzkie i różne inne… Czuję, że mogę więcej i że świat jest mniejszy… a może to ja urosłam wewnętrznie! Na pewno urosło mi serce i uskrzydliła się dusza, wiadomo, dzięki KOMU… Po trzecie, na tym wyjeździe zdobyłam swój kolejny, życiowy szczyt. plaza

Teraz już wiem, że człowiek został stworzony po to, by stąpać twardo po ziemi. Każde wzbicie się w powietrze, to naruszenie pewnego terytorium oraz przekroczenie granicy, której teoretycznie przekraczać się nie powinno. Dlatego też teraz podczas skoku, obok zabawy i radości z kontaktu z żywiołem, towarzyszy mi wilka pokora, respekt i spokój. Dopiero teraz widzę, jak te wcześniejsze podniebne wojaże były płytkie emocjonalnie i nieświadome, mimo przeświadczenia o ogromnej świadomości J Teraz odbieram powietrze wszystkimi zmysłami. Mam w sobie wiele siły i wewnętrznego spokoju…. Skoki to całe moje życie…..Z resztą, nie będę wyjawiać wszystkiego, co z mojego wnętrza płynie. Cześć zachowam dla siebie bo i po co tyle rozdawać Wyjazd do Sevilli to tak wiele zmian. A przecież teoretycznie mogłyby one zajść w naszej polskiej codzienności! To wszystko na wyjeździe było takie normalne… Zwykłe promienie wschodzącego słońca, co z tego, że hiszpańskiego! Powietrze? Takie samo, tyle, że cieplejsze… Skąd więc taka zmiana nastawienia? Dojrzałość? …………. „Bo wszystko dzieję się TU”. I wszędzie liczy się Atmosfera…………… Pozdrowienia dla wszystkich uczestników wyjazdu listopadowego i.. wszystkich tych, którzy się wahają co do zimo-wiosny w Hiszpanii… Odpowiedź brzmi: JECHAC! bez dwóch zdań.
Do zobaczenia na Afterparty!