| Sevilla listopad 2008 |
|
|
Trwający ponad miesiąc wyjazd do Sevilli zaowocował kilkoma relacjami uczestników. Daje to lepszy obraz i pokazuje co podoba się w tego rodzaju przedsięwzięciach.
Od ponad dziesięciu lat organizuję wyjazdy zagraniczne w okresie jesienno zimowym i każdy z nich jest coraz to inny. Następuje ewolucja związana z gromadzeniem się doświadczeń i wiedzy o takich wyjazdach. Zmiany są uwarunkowane również nieustająco spadającymi kartkami z kalendarza, które kształtują oczekiwania i umiejętności ich spełniania. Możliwości spełniania swoich i czyiś oczekiwań wzrosły drastycznie, gdy parę lat temu Ula dołączyła swoją siłę piękna i porządku. Wyjazdy zagraniczne stały się w pełni zorganizowanym |







pamięci to połączenie osobowości uczestników i relacji między nimi.
Skoki są zawsze fajne, ciepłe kraje, słońce, nowe samoloty i nowe strefy zrzutu to jest dokładnie to, czego potrzeba skoczkowi gnieżdżącemu się w naszej głowie. Nie da się jednak żyć samymi skokami, bo za bardzo przypominałoby to uzależnienie.
Z wiekiem nabieramy innej perspektywy, przekonujemy się, że prawie tak ważna jak treść jest jej oprawa. Można samotnie zjeść na zimno indyka na ławce w parku popijając napojem z kartonu ale można też usiąść w przytulnej knajpce z uśmiechniętymi znajomymi i ze spokojem delektować się smakiem nigdzie nie spiesząc się.
Zegary cykają do tyłu a każdy moment jest magiczny i ulotny. To jak będzie wyglądał zależy tylko od nas.
wypoczynkiem, na poziomie satysfakcjonującym dorosłych ludzi.
Owocem tej ewolucji był jesienny wyjazd do Sewilli.
mojego punktu widzenia podobnie jest ze skokami tandemowymi, skokami AFF a skokami doskonalącymi i fandżampami ;)
hodzić po głowie, ale w końcu uznałam, że za daleko, nie stać mnie, a poza tym to studia, więc nie jadę. Ale nagle nastąpiła zmiana, życie po raz kolejny w tym roku miło mnie zaskoczyło (a właściwie to dobrzy ludzie, jakich spotkałam w moim życiu miło mnie zaskoczyli) i wyszło na to, że jednak jadę :))
Pamiętałam, że na zdjęciu było widać wyraźną różnicę w kolorze ziemi między tą twardą a zaoraną, a z góry o dziwo wszystko wyglądało tak samo... Po pewnym czasie zauważyłam jednak, że w oddali ziemia ma trochę inny odcień, więc pomyślałam, że to właśnie tam powinnam wylądować. Wspomnę jeszcze, że pamietając o moim niezbyt dobrze trafionym pierwszym lądowaniu w Przasnyszu w zeszłym roku i jeszcze bardziej nietrafionym pierwszym lądowaniu w Przasnyszu na początku tego roku, postanowiłam w Sevilli postarać się i wylądować za pierwszym razem dokładnie tam, gdzie zamierzę. No i wylądowałam tam, gdzie sobie zamierzyłam... Dopiero kiedy po wylądowaniu szłam, szłam i szłam przez pole, domyśliłam się, że jednak znowu nie trafiłam, tam gdzie powinnam ;) A to nie był koniec, bo potem układałam spadochron. I jestem wdzięczna jednemu ze strefowych układaczy, że zwrócił mi uwagę na niezahamowane sterówki, bo nie wiem, czy nie dokończyłabym układać niezauważając tego...
rupa sie umówiła, to czekałam samotnie, aż pojawił się Łukasz. Szybko osiągnelismy fazę głupawki, apogeum było w Barcy gdzie przemiezylismy całe lotnisko szukając własciwego miejsca odprawy, ale na szczescie namierzylismy resztę grupy ;).
wyjazdów bardzo, bardzo chciałam jechać i miałam nadzieję, że wypali termin w ferie zimowe. Nie wypalił, ale czytając o przygotowaniach do wyjazdu listopadowego zaczęłam kombinować, że może na długi weekend, a może uda się na tydzień. Rozsądek walczył z potrzebą serca i emocjami i w końcu te drugie wygrały. Poległam, wzięłam urlop, kupiłam bilety i fruuu 8 listopada ruszyłam w swoją pierwszą, i jak Maja samotną podróż na południe Europy.
chciałam :)
orum, że są właśnie bilety w bardzo atrakcyjnych cenach i kupuje je dla tych co jadą… coś błysnęło, kilka telefonów i decyzja zapadła w niecałą godzinę:).
Później to już było tylko odliczanie do wyjazdu i 1 XI wieczorem, nawet bez większych przygód, znaleźliśmy się w Sewilli. Na lotnisku Andzia w pomarańczowej kurtce piszcząca z radości, potem Lookie i Seba i za chwilę byliśmy w domu, jeszcze tylko losowanie kto z kim mieszka i już wakacje rozpoczęte.
Nie będę zanudzać Was streszczeniami każdego dnia, powiem tylko, że działo się, oj działo i w dzień i w nocy ;) (ale to pewnie Ula opisze)…
Lotnisko, skakanie, imprezy basenowe, skoki synchroniczne z Wiksą, wycieczki, plaża, ocean, lew wąwozowy, kominek, szisza, netoperek, te małe kroplówki…, cudne jedzenie i poczucie, że niczego nie muszę. Robię to, na co mam ochotę!
ATMOSFERA i LUDZIE. Żadnej spinki, żadnego napięcia, żadnych nerwów i mnóstwo dobrej energii.
Ja czasem mówię, że tu nikt nie jest normalny ale ta nienormalność jest CUDOWNA!!!!!Dziękuję Wam za to, że jesteście tacy, jacy jesteście!!!!!!!
Specjalne podziękowania należą się Uli za to, że kiedyś dawno temu namówiła mnie do pierwszego skoku, bo bez tego pewnie nie trafiłabym w końcu i do Sevelli i nie poznała tylu WARIATÓW.
zostać. Niestety, nic nie trwa wiecznie, ale to nie znaczy, że nie można czegoś powtórzyć… Dlatego też w tym miejscu pozdrawiam odważnych: Ines, Maję, Agapkę i Grabarza, którzy świadomie, wg mnie, zdecydowali się na samookaleczenie własnych serc z racji tak krótkiego terminu pobytu. Ja nie dałabym rady!
