Kto nie był na majówce z Atmosferą w Pribram, niech żałuje! A dlaczego? Przeczytajcie i domyślcie się sami.
Atmosfera zorganizowała pięciodniowy wyjazd na strefę Pribram, gdzie poza urokami wiejskiej ciszy zaplanowane było ostre skakanie, dla tych ostrzejszych i brodzik spadochronowy dla tych mniej umiejących jeszcze. Oczywiście każdy, czy to lepiej czy to gorzej sytuowany mógł sobie pozwolić na skok w tandemie z Iwanem na plecach. Gwarantowało to dwie rzeczy; możliwość bezstresowego (o ile można w ogóle mówić o braku stresu przy skokach) wypadnięcia sobie w sposób godny z całkiem sprawnego samolotu, oraz to minimum godności, bo wytrawny tandempilot godnie wypada zawsze, wiec przynajmniej połowa zestawu trzyma fason do końca i zawsze potem można się pochwalić świetnym filmem z przestworzy. O emocjach nie wspomniawszy.
Dzień
podróży (samochodem z Warszawy) przypadł na Noc Palenia Czarownic w
Czechach (nazwa robocza, ukuta na potrzeby podróżników, z braku dostępu
do Internetu i niewiedzy ogólnej). Owocowało to przepięknymi widokami
setek ogromnych ognisk, podczas wieczornej podróży po stronie czeskiej.
W szczególności, kiedy GPSy podróżników postanowiły zjechać z
autostrady i ostatnie 100 km pokonać OESami przez lokalne wioski.
Wieczorem Dnia Zero zaczął kompletować się skład. Tabory ciągnęły ze
wszystkich zakątków kraju. Pojawiła się także sekcja zagraniczna.
Spokojna noc miała być ostatnią, przed czterodniowym atakiem emocji i
adrenaliny.
Ranek Dnia Pierwszego przyniósł pierwsze westchnienie ulgi. Mimo
niezbyt przyjemnych prognoz, pogoda pokazała charakter i obudziło nas
słońce wystające zza drobnych, pięknych białych chmurek. Rozochocone
towarzystwo (a było nas już wtedy ponad czterdzieści osób wliczając
dorosłych, dzieci i psa Pontonów) pognało na strefę zapisywać się na
pierwsze skoki. Zestaw skoczków składał się ze skoczków bardziej
doświadczonych, mniej oświadczonych, aff-owiczów czynnych i
poblokowanych psychicznie (jeden, przepraszam – Jedna zablokowana
fizycznie – złamana noga), rozochoconych tandemowiczów i jednego
kursanta początkującego, szyli Waszego skromnego narratora.
Cała menażeria przebierając w podnieceniu nóżkami zapisywała się na
wyloty. Na pierwszy ogień poszli tandemowicze. Iwan wprawnie zapiał w
uprzęże bojowe trzy Dziewczęta (przedział wiekowy od lat 14 do 18-tki,
nieważne której) i jednego dzielnego Pana i życzliwie zrzucił ich ze
sobą z wysokości 4000 tysięcy metrów. Na dole świeżo rozdziewiczone
nieloty reagowały spontanicznie a spektrum reakcji rozciągało się od
bladego zalegiwania na trawie z westchnieniami dziękczynnymi na ustach
i chytrym wzrokiem w oku, od podskakiwania z wypiekami i okrzykami:
jeszcze, jeszcze!
Jednakowoż należy stwierdzić, że tandemy czeskie opanowane zostały
przez chińczyków, co należy uznać za element szkolenia celem inwazji na
świat.
W międzyczasie rozpoczęły się także fun jumpy, tworzyły się pierwsze
układy dwójkowe, gdzieniegdzie padały coraz głośniejsze przebąkiwania o
większych formacjach. Sekcja pomorska przełamywała pierwsze lody,
łapiąc się nieśmiało samoczwór za ręce w locie. Kulfon coraz śmielej
prezentował swój „szlafroczek”. Towarzystwo rozkręcało się ze skoku na
skok.
W układalni szalał Seba. Rekord ułożeń – pięć spadaków jedna ręką na
raz. Czas – 3 minuty.
A żebyście Wy widzieli jak układał! Zero skręceń,
szybkie i czyste otwarcia. Palce lizać.
Wieczór dnia pierwszego przyniósł relaks przy projekcji pierwszych
filmów prosto z kasków skoczków, piwie i tradycyjnej Atmosferowej
sziszy. Dzień Drugi oraz Trzeci to apogeum podniebnej ekstazy.
Cyfrotłuki tłukły cyfrę, poblokowani przełamywali lody i wracali do
przyjaźni z przestrzenią, formacje nabierały rumieńców, kursanci
kończyli aff jeden po drugim, oddawali swoje pierwsze samodzielne
skoki, „panowie w szlafroczkach” zręcznie lawirowali pomiędzy
tandemami. Chińczycy trenowali nadal.
Na strefie pojawiło się zaplecze młodzieżowe czeskich komandosów.
Zapakowani w czeskie moro, układali i skakali na swoich czeskich
okrągłych spadochronach (zapas z przodu!), wypadając z dwupłatowego
„antka”, budząc podziw i
skupiając oczy obiektywów. Mogliśmy podziwiać kawał pięknego
spadochroniarstwa. To jak z samochodami. W tłumie fanów Porsche, Zasze
znajdzie się kilku maniaków Mustangów z 69’. I mimo pozy, każdy im
poniekąd zazdrości odrobiny fantazji.
Pogoda spisywała się dokładnie tak, jak obiecała, kiedy brała od nas
łapówkę. Nie zrażały nas drobne jej fochy w postaci godzinnych,
codziennych opadów popołudniowych. Skakaliśmy wszędzie i ze
wszystkiego.
Wieczory zorganizowane w lokalnych wiejskich podawalniach piwa,
okraszonego mięsiwem i ostrym żartem dodawały pikanterii imprezie i
pozwoliły na swobodne ujście emocji, które nakręcały nas każdego dnia.
Atmosfera była przednia, a „cyfra” rządziła tylko i wyłącznie w
żartach, tudzież zarządzając kolejne piwo, podczas którego ekipa
dzieliła się doświadczeniami, oraz historiami prosto z życia skoczków
wziętymi. Młodzi czuli się dowartościowani a starzy wyjadacze mieli
wdzięczną publiczność – nikt nie mógł być zawiedziony.
Chińczycy gdzieś
się zapodziali.
Dnia ostatniego padł szatański pomysł przedłużenia sobie majówki o
dzień jeden. Po burzliwej dyskusji, podczas której wszyscy prześcigali
się, w co lepszych argumentach ZA – Ci co mogli - zostali, delektując
się wieczorem na basanie, w saunie i przy drinku.
A ja? Ja oddałem trzy pierwsze swoje skoki w życiu. I już wiem, że będę
skakał dalej. Bo poza kompletnym zafascynowaniem spadaniem, oraz
emocjami z nim związanymi już wiem, że warto skakać.
Nie ważne gdzie,
ważne z Kim!
Wasz
Redaktor Szwendak
;)