skok spadochronowy | skoki spadochronowe | skok w tandemie | skoki w tandemie | skok ze spadochronem | skoki ze spadochronem | skoki tandemowe

skoki spadochronowe Warszawa

Tandemy.pl
skoki tandemowe
1

Chcesz skoczyć? Zadzwoń do
Jagody: 0-606 321 181
lub Ani: 0-668 214 278

2

Kliknij, aby zarezerwować skok w tandemie dla siebie lub bliskich
(Click for Tandem reservation form)

3

Chcesz się dowiedzieć więcej?
Wypełnij formularz, a my
skontaktujemy się z Tobą

Główna -> Wyjazdy spadochronowe -> Gdzie już byliśmy ->
Skok w Alpach Email
Szusowanie i dziwne pomysły



Standardowy wyjazd na snowboard może nabrać nieco pikanterii jeśli skoczek zrobi to, umie robić najlepiej czyli sobie skoczy.

Alpy austriackie, miejscowość Flachauwinkl, 27 grudnia. Pomysł na skok w górach z tandemu paralotniowego chodził mi i Dynamitowi po głowie już od dawna i mieliśmy w swoich zamiarach realizację tego zamierzenia podczas listopadowej wyprawy na skoki do Hiszpanii. Niestety pogoda pokrzyżowała plany i obeszliśmy się jedynie lataniem w Meduno.

Teraz, po kilku dniach szusowania oceniliśmy bystrym lotniczym wzrokiem potencjał drzemiący w szczycie Rosskopf, który wznosi się ponad poziom morza 1929 metrów. Byłoby pięknie, gdyby lądowisko znajdowało się na plaży tego morza ale niestety Austriacy cierpią na chroniczny brak morza a w tej części ich kraju trudno nawet o sam poziom morza.

Miejsce skoku i lądowania to okolice parkingu i stacji kolejki linowej. Niestety wzniesione 1000 metrów, tak więc do rozrabiania zostało ciut ponad 900.
Nie za grubo, biorąc pod uwagę, że trzeba było przelecieć kawałek do miejsca zrzutu. Można było oczywiście liczyć na to, że ściana lasu, nad którym mieliśmy przelatywać będzie pracowała, wygrzana słońcem jednak w założeniach pesymistycznych miało być około 600 metrów do ziemi w momencie skoku.

Oglądaliśmy już wcześniej mapę i szukaliśmy czegoś bardziej sprzyjającego ale nawet jeśli była większa różnica wysokości to droga jaką trzeba było przelecieć od startu do skoku pożarła by więcej metrów niż w przypadku Rosskopf.

Zerując na miejscu lądowania wysokościomierz po raz pierwszy żałowałem, że nie mam ze sobą spadochronu do BASE ale kalkulacje sprzyjały pomysłowi skoku na moim normalnym komplecie. Dynamit zarzucił na plecy torbę z tandemem, ja swój spadochron, obaj wyposażyliśmy się w kaski z kamerami i tak pięknie wystrojeni udaliśmy się do kolejki przy kolejce. Na dole, gdzie zwykle panuje zamieszanie i walka o pierwsze miejsca nikt nie zwracał na nas uwagi. Paralotniarze są tam dość powszechnie występującą zwierzyną alpejską i nie wzbudzają już większych emocji. Pracownicy wyciągów pomagają, jak potrafią zabrać się ze sprzętem na górę i wykazują naprawdę dużo życzliwości dla lotników.

Na stacji przesiadkowej gondoli (600 metrów powyżej miejsca lądowania) większość amatorów zimowych sportów już rozluźniła się nieco i dotleniła świeżym powietrzem. Zauważyłem ciekawskie spojrzenia w stronę kolorowego plecaka, bardzo solidnie przymocowanego do moich pleców. Oczywiście pierwsze, co ściągało uwagę to kaski z kamerami, potem wielgachny garb Dynamita i na końcu spadochron. Widać duży wkład kinematografii światowej, filmów akcji z rodzaju „zabili go i uciekł” oraz serwisów typu youtube, bo ludzie już zauważają spadochrony.

Druga część drogi w krzesełkach do poziomu 900 i ostatnie kilkadziesiąt metrów z tzw buta. Na słupach nośnych k
olejki zamocowane są przy szczycie wiatrowskazy, co ułatwia życie paralotniarzom. Tego dnia wiatr wiał trochę niekorzystnie jeśli chodzi o start, bo nie można było skorzystać z rozjeżdżonej a co za tym idzie ubitej trasy, tylko musieliśmy wpakować się w głęboki śnieg. Na tyle głęboki, że łapał za nogi podczas biegu o czy mieliśmy przekonać się już niebawem.

W trakcie rozkładania czaszy tandemowej i sprawdzania mojego spadochronu zebrała się grupka oficjalnie podziwiająca widoki górskie i zażywająca na stojąco kąpieli słonecznej. Widać było, że w nudnym narciarskim życiu na stoku wreszcie zaczęło coś się dziać. Gagatka podpięła mnie do wypór w tandemie, ostatnie sprawdzenie linek, czy jakaś podstępna bryła śniegu nie blokuje ich do startu i w nogi. Oj nielekko było, myślałem, że ten start zakończę twarzą w śniegu, gdy buty snowboardowe grzęzły pod cienką skorupką oblodzonego śniegu. Jakaś parszywa gruda złapała jednak jedną stronę czaszy i szorując lewym stabilizatorem po śniegu, z głęboką kontrą sterówką Dynamit wybronił nas przed ponownym dreptaniem do góry a co ważniejsze przed upodobnieniem nas do kul śnieżnych. Poszliśmy jak konie po betonie, ze startowiska w prawo, w przełęcz pomiędzy szczytami na prostą do zrzutu.

 Zacząłem napinać się jak sprężyna celem wciśnięcia tyłka głęboko w uprząż. W tym
przypadku było to niezbędne bo klamry zapinające uprząż blokują się przy naprężeniu taśmy. Krótko mówiąc, bez siedzenia głęboko w uprzęży (a przecież na plecach mam spadochron) nie ma mowy o rozpięciu taśm i wyskoczeniu. To mnie zmobilizowało i z tchnieniem ulgi rozsiadłem się w dziwnej pozycji. Zaraz po tym mogłem rozpiąć taśmę piersiową zablokowany rękoma w uprzęży, gdy dynamit krzyknął ‘two minutes’ mogłem już rozpinać udowe.

Piękne widoki, kochana adrenalina we krwi i coś nowego przede mną. ‘Exit, exit’ no i nie było innego wyjścia jak rozluźnić ramiona i wysunąć się z uprzęży. Przy wysiadaniu miałem 700 metrów, czyli więcej niż kalkulowałem jako minimum, mogłem sobie pozwolić nawet na kilka sekund pospadania. A dalej to jak zwykle, otwarcie, lot i lądowanie. Jedyne co było trochę innego niż normalnie to lądowanie w śniegu. Wspaniale było spojrzeć do góry, w miejsce skąd wystartowaliśmy. Jeszcze sesja zdjęciowa, układanie spadochronu na podestach austriackiej knajpki i można wracać na stok. Szusowanie nabrało znowu sensu.