| Wyjazd do Sevilli - listopad 2007 |
|
|
Nie było mi dane do tej pory poznać mechanizmu powstawania pomysłu. Słyszałem teorię, że pomysły i idee po prostu są wokoło i nas przenikają w odpowiednim czasie. Tak właśnie się stało, gdy przeszło mi przez głowę aby pojechać to Sewilli motocyklem. Raz zaszczepiony wirus rozwijał się bardzo dobrze. Faktem jest, że nie stosowałem żadnych lekarstw na to schorzenie, pomimo, że lekarze i znachorzy wokoło starali się nakłonić mnie do leczenia pomysłu. Wiem, że po części dlatego, że sami niejednokrotnie zniszczyli w sobie takie impulsy.
Gdy klamka zapadła, a zapadła od razu okazało się, że można skoczny wyjazd połączyć z treningiem paralotniowym w Austrii i lataniem w pięknej Hiszpanii. Planowana trasa zaczęła się więc wydłużać niebezpiecznie. Ale taki los. Przygotowania nie trwały długo a czas do wyjazdu popłynął jak rwący potok. Nadszedł dzień, w którym dwoma pojazdami (Yamaha TDM 850 i WV T-5) ruszyć mieliśmy w daleką trasę.
Rano wyglądam przez okno i patrzę czy nie pada - to zaczyna być jakaś psychoza. Nie pada. Zwycięstwo. Zbieram swoje klamoty, które trochę wyschły i idę na ‘breakfast included’.
Im dalej na zachód Włoch, tym gięcie pały przybiera na sile jeśli chodzi o ich śniadania. Bułka wielkości pięciozłotówki i szwedzki stół składający się z mikro dżemów, nutelli, miodu, maleńkich masełek i jakiś rogal dla dzieci. Zdegustowany tym barbarzyńskim podejściem do najważniejszego posiłku w ciągu dnia a w moim przypadku po spaniu na czczo jeszcze ważniejszego, zaczynam dokładnie przeżuwać to słodkie świństwo.
Teraz graty do toreb, torby na motor i można pędzić w stronę Hiszpanii. Dynamity odsadziły mnie na dobre 300 km, teraz trzeba to jakoś nadrobić. W sms’ach Wojtek napisał, że jakieś straszne wiatry go męczyły po drodze. Myślę, że mnie po tych dżemikach nic takiego nie będzie męczyć, zresztą pogoda nie wskazuje. Poranna kontrola pogody. Nie pada, nie wieje, słońce świeci nad kanałami Empuria Brava. Do śniadanka radośnie mruczy Pilatus wynoszący skoczków na strefie zrzutu. Ruszamy w trasę, dziś wiele kilometrów do przejechania. Na oko około tysiąc, jedziemy do Andaluzji.
Po tych wszystkich pierepałkach, jazda przy bezchmurnym niebie, bez wiatru wydaje się być nudna. Całe szczęście, że widoki są piękne. Jedziemy wzdłuż wybrzeża Costa Brava. Girona, Walencja, setki kilometrów w słońcu. Wyciągnąłem podszewkę ze spodni i kombinezonu, rękawiczki są na dłoniach z powodu rozsądku a nie temperatury i tak toczymy się z prędkością Około 10 przybywa do nas Andy, który ma być przewodnikiem po ciekawych miejscach startów i lądowań paralotniowych.
Zaczynamy od typowej turystyki zwiedzając jakąś twierdzę, która miała chronić Królestwo Hiszpańskie przed najazdem a raczej napływem afrykańskich łobuzów. Wiatr hula zdrowo, więc wiadomo, że nie polatamy, możemy sobie po prostu popatrzeć na potencjał terenów do latania. Góry, które są już wystarczająco stare aby się Trzeba wreszcie zaatakować nowe miejsce do skakania.
Wyjazd do Sewilli był przemyślaną akcją, która zaplanowana została na dzień, w którym będzie wiało za mocno na skoki. Ekipa podzieliła się na tych, którzy chcieli jechać na plażę: Dynamity, Kali i Miłosz oraz całą resztę, która postanowiła bawić się w japońskich turystów. Uzbrojeni w kilka aparatów i kamer ruszyliśmy komunikacją miejską w stronę centrum miasta. Klimatyzowany autobus, bo o inne w tej części Hiszpanii bardzo trudno, zawiózł nas aż na pętlę, która jest jednocześnie początkiem wielkiego deptaka nad rzeką Guadalquivir. W mieście wiatr był niewyczuwalny, słońce zaś tak. Soczysta roślinność, silne nasłonecznienie, zimna sangria i cerveza popijana w knajpkach nadrzecznych to właśnie to, czego potrzeba na jesieni. Przedeptaliśmy w stronę centrum miasta i trafiliśmy na jakiś pokaz mody, lub koncert. Tłum oblazł nawet drzewa aby lepiej widzieć co dzieje się na scenie. Zostawiliśmy ten rozgardiasz z jedną lecącą pomarańczą i poszliśmy w stronę wąskich, krętych uliczek, które w tym klimacie mają pewien sens. Chronią od upału. ![]() Spontanicznie następujące po sobie wygłupy, które towarzyszyły spacerowi są chyba normalne wśród lotników turystów. Jest nawet takie powiedzenie, że najwięcej wypadków zdarza się, gdy nie ma latania. Zwieńczeniem przechadzki było wieczorne pływanie rowerami wodnymi po rzece. Pomysł bardzo fajny i możliwy dzięki temu, że nurt rzeki w Sewilli jest bardzo leniwy, dzięki czemu można wrócić do miejsca startu.
Flamenco time. Wracając do skakania. Jak to w życiu bywa, gdy się powie ‘a’, trzeba powiedzieć ‘ą’. Adaś i Agata skończyli szkolenie AFF, porobili trochę samodzielnych skoków i wyjechali szczęśliwi. Bogusia, co prawda nie skończyła szkolenia ale chwali sobie wyjazd, który ponoć nie miał sobie równych. Wiksa i Fritz skorzystali z dobrodziejstwa możliwości skakania ze spadochronem bez badań lekarskich i to wcale nie Dużo więcej fotek zobaczycie tutaj w galerii forum crazy4skydive Tutaj zaś znajdziecie krótki filmik z wyjazdu (20 Mb format mpg) |







Uwaga! Bardzo obszerny opis wyjazdu, jeśli nie macie sporo czasu i herbaty lub kawy na biurku to nawet nie podchodźcie do tego tekstu! ;)
nieznanego mi algorytmu byli właśnie na etapie rozpychania transportera bagażami, gdy z godnością szurnąłem spod domu w najdłuższą z moich dotychczasowych tras.
Kto nie zna wspaniałego uczucia towarzyszącego rozpoczynającej się podróży wie jeszcze mało o przyjemnościach życia. Prawie pusta droga, suchy asfalt, ciepło, szyba nie paruje – marzenie motocyklisty.
poddały się tak szybko jak to tylko było możliwe. Na szczęście ochraniacz przeciwdeszczowy sprawował się bez zarzutu i nie stygłem. 300 km w deszczu, szarówce a potem po ciemku. Dostałem, to co chciałem. Miał być wyjazd dla twardzieli no i okazał się lepszy niż się spodziewałem.


przejaśnień ale nic, absolutnie nic się nie zmieniło. Przyzwyczaiłem się, że do tego deszczu i zauważyłem, że zasadniczo nie ma wpływu na szybkość jazdy na prostych odcinakach. Fakt na krętych drogach trzeba z szacunkiem podejść do przyczepności kół. Byłem też zdziwiony, że praca silnika była cały czas równomierna. Nie mogłem tego zrozumieć aż nadszedł wieczór i kręty odcinek drogi, na którym musiałem bardzo zwolnić. Prawdopodobnie woda spod przedniego koła tylko przy prędkości 60-80 km leci dokładnie na górę cylindrów, do świec i czasem prąd przepływa przez wodę a nie pomiędzy elektrodami świecy. Tak więc jechałem znowu jak na wściekłym tygrysie, zmęczony, mokry, po ciemku po zakrętach, po prostu spinka dupska 4 w skali do pięciu.
cieszyłem się jadąc samochodem z tych długich łuków. Ale to nic w porównaniu ze składaniem motocykla na takich właśni łukach. Można sobie sprawdzać, co będzie jak dokręcimy gaz w trakcie półkilometrowego zakrętu. Jakość asfaltu pozwala spokojnie na głębokie pochylenie.
Wiem, że wraz ze wzrostem prędkości, rosną opory powietrza, że tylne koło uślizguje się na każdym kilometrze o kilkadziesiąt metrów i niszczy się bieżnik, że łańcuch się rozciąga a zębatki zaczynają wyglądać jak piła tarczowa. Wiem to wszystko ale nie sposób po tylu dniach jazdy w deszczu i wietrze nie pałować w takich warunkach. Promień łuku definiuje więc moją prędkość i ustala ją w granicach 160-170. Zaczynam się zastanawiać, że mógłbym z wypożyczalni wziąć jakąś hondę fireblade na te łuki.
Jest zajebiście!
około 130 raz ja z przodu, raz bus. Dookoła nas przepływają motocykliści na wypasionych rumakach. Z początku myślałem, że po prostu jest ich tak dużo, bo pogoda dobra i miejsce sprzyja uprawianiu turystyki motorowej. Potem okazało się, że mają jakiś zlot w Walencji. Na stacjach benzynowych wyglądało to jak oblężenie albo kręcenie kolejnego odcinka Mad Max.

zaokrąglić i spowodować zmniejszenie opory przepływającego po nich powietrza są naprawdę potężne. Włoski krawężnik już może odejść w zapomnienie przy tym co tu widać. Na żaglu można wędrować kilkadziesiąt kilometrów w każdą stronę a sądzę, że gdy słoneczko przygrzeje to termiki dodatkowo zwiększają turystyczne możliwości.

manifest i dwie perełki.
Jedna z perełek to TurboFinist. Samolot ciekawostka, podobny do Pilatusa choć nieco mniejszy jest przekonstruowanym rosyjskim samolotem SM-92 Finist. Szwajcarska firma na Słowacji wymienia tłokowy silnik i wstawia turbinę, robi kompletny remont płatowca i dokłada na życzenie nowoczesną awionikę. Samolot następnie rejestrowany jest na Węgrzech, bo tylko tam może być sklasyfikowany nie jako experimental. Obecnie 6 takich samolotów bryka sobie w różnych częściach Świata. Ma całkiem niezłe osiągi, tyle że wewnątrz przy 10 osobach, które może zabrać jest fatalnie ciasno.
europejsko. Miejsca do lądowania na pewno jest dużo więcej niż w Empuria Brava czy Lillo. Nie jest to tak zadawalająca przestrzeń jak w Przasnyszu, ale miejsca jest wystarczająco dużo do bezpiecznego lądowania.
Rejestracja na strefie jest prosta a ludzie na strefie są bardzo przychylnie nastawieni i nie utrudniają życia. Biurokracja, jak duża by nie była to i tak daleko jej do naszej, polskiej wersji. Wiele dokumentów staje się coraz bardziej podobnych. Podpisaliśmy umowę na współpracę ośrodków szkolenia i od tego momentu możemy legalnie szkolić naszych skoczków na strefie Skydive Spain. 

zakamarków wychodzili skoczkowie, zakładali spadochrony i stawali w kolejce do samolotu. Samolot wywoził nas w cyklach trzech wylotów i tankowania. Wyloty bez wyłączania zwykle po 8 osób ale lataliśmy też przy 5 chętnych. Szacunek, że nikt nie nagabywał nas do zaplanowania się, mieliśmy ochotę na cafe solo to szliśmy do baru i nikt w nas nie próbował wywołać poczucia winy, że przez nas ktoś inny nie poleci do góry.



fajny skok.
W następne dni skakania wpletliśmy dwa ważne wydarzenia, jedno to wyjazd do Metalaskanias na wydmę, którą już wcześniej widzieliśmy celem polatania a drugi to turystyczne dreptanie po Sewilli.
Ruch w przestrzeni na wybrzeżu, gdzie po drugiej stronie otwartej wody jest wielgachna wydma i gdzie widać miasteczko jest wspaniały. Szczególnie przypadł mi do gustu lot wokół latarni morskiej.
W tak zwanym międzyczasie Arturro pojechał odzyskać pozostawioną przeze mnie w miejscu planowanego startu Adasia. Długo nie wracał i lotna eskadra zakomunikowała nam, że w połowie drogi Artur zakopał się w piasku. Zakopał to mało powiedziane, nie wiem jak to zrobił ale w piachu ugrzązł nawet silnik. Dobrze, że Adaś waży ponad kwintal a ja dobijam do tej wagi bo razem mogliśmy motocykl wyciągnąć i popchnąć do jazdy.
Wyjazd do Sewilli był przemyślaną akcją, która zaplanowana została na dzień, w którym będzie wiało za mocno na skoki. Ekipa podzieliła się na tych, którzy chcieli jechać na plażę: Dynamity, Kali i Miłosz oraz całą resztę, która postanowiła bawić się w japońskich turystów. Uzbrojeni w kilka aparatów i kamer ruszyliśmy komunikacją miejską w stronę centrum miasta. Klimatyzowany autobus, bo o inne w tej części Hiszpanii bardzo trudno, zawiózł nas aż na pętlę, która jest jednocześnie początkiem wielkiego deptaka nad rzeką Guadalquivir. W mieście wiatr był niewyczuwalny, słońce zaś tak. Soczysta roślinność, silne nasłonecznienie, zimna sangria i cerveza popijana w knajpkach nadrzecznych to właśnie to, czego potrzeba na jesieni. Przedeptaliśmy w stronę centrum miasta i trafiliśmy na jakiś pokaz mody, lub koncert. Tłum oblazł nawet drzewa aby lepiej widzieć co dzieje się na scenie. Zostawiliśmy ten rozgardiasz z jedną lecącą pomarańczą i poszliśmy w stronę wąskich, krętych uliczek, które w tym klimacie mają pewien sens. Chronią od upału. 
