| Safari nurkowe w Egipcie - zima 2005 |
|
W
telegraficznym skrócie: to co zobaczyłem i co przeżyłem znacznie przerosło
moje oczekiwania.Okiem organizatora imprez można by oczywiście dostrzec pewne zasadnicze niedociągnięcia, które leżały po stronie poznańskiej firmy Nautica i Triady. Jednak jak mawia Włodek: "tak widać miało być". Najważniejsze jest przecież to, że w fajnej grupie przeżyliśmy wspaniały wyjazd (bardzie adekwatne byłoby określenie 'wypływ') na Morze Czerwone. Zaczęło się zupełnie zwyczajnie - spotkanie na lotnisku Okęcie. Przede mną mocne i proste postanowienie nabąbania się w samolocie znanych linii Air Cairo. Jednak to co miało być proste skomplikowało się z powodu panienki siedzącej w budce Triada, która to panienka zakomunikowała, że coś jest nie tak, bo ona nie ma tylu biletów ile jest na liście Pawła - nieformalnego opiekuna grupy. Szybkie telefony, głównie Jarka - stanowiącego jednoosobową grupę nacisku, krzyżowy ogień informacji i panienka ręcznie wypisała brakujące bilety. Poziom jej uprzejmości w skali 2 do 5, plasował się bardzo blisko liczby 2.
Stefan Pech czy szczęście? Ogłaszam tymczasowy koniec. Pomimo tego, że czuję się pod presją wszystkich, którzy domagają się dalszego ciągu (bardzo mi miło) to usiadłem i nie wiem co dalej pisać, a jak nie ma veny to nie da się ciekawie tworzyć. Wobec tego przyłożę się do opisania jakiegoś innego wydarzenia i jeśli Ula udostępni mi kawałek strony to zapoznam Was z tym na pewno. Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. |







W
telegraficznym skrócie: to co zobaczyłem i co przeżyłem znacznie przerosło
moje oczekiwania.
Na
pomoc rozsądkowi przyszedł jeden z najstarszych środków odurzających powstający
w wyniku destylacji sfermentowanego słodu. Zmieniła się płaszczyzna percepcji,
poprawił się humor i kilka godzin przeleciało jak z bicza strzelił.
poprzedniej
nocy, za dnia pędząc 70 km/h należał mu się nowy pseudonim - 'supersonic'.
Bałtyku
to był szok. Oczywiście był też stres związany z samym nurkowaniem, miałem
przecież ładnych kilka lat przerwy, więc tętno podczas zanurzania oscylowało
w zakresie od 180 do nieskończoności. Maska mi przeciekała, stres mnie
zżerał a ja odgryzałem się za to na butli i zżerałem zastraszające ilości
powietrza. Prawdę powiedziawszy chodziły mi po głowie myśli, że ja się
do tego nie nadaję i jakoś przemęczę się do końca wyjazdu ucząc się tyle,
ile się da.Całe szczęście zasada, którą kiedyś wpoili mi instruktorzy
z Rosji na niepowodzenia w skakaniu - 'skakać, skakać, skakać!' pomogła
również w przypadku nurkowania w wodzie. Po prostu zaczęło się robić coraz
fajniej. Im bardziej stres malał, tym jakby więcej obiektów godnych uwagi
pojawiało się pod wodą.
tym
co ją za chwilę spotka, w wodzie zachowywała się od początku do końca
w 100% poprawnie. Po wyjściu na pokład znowu przeżywała swój stres, tym
razem od drugiej strony, od strony teraźniejszości w przeszłość - ale
ten typ tak po prostu ma :) coś musi być w podręcznym buforze stresu.
organizowane
było pływanie nocne. Warto wspomnieć w tym miejscu o inspektorze gadżecie
- Piotrze, który pokazał nową jakość oświetlenia przestrzeni pod wodą
swoimi przelatarkami. Przy innych źródłach światła wyglądało to jakby
wśród świecących w nocy owadów ktoś znienacka włączył szperacz przeciwlotniczy.
Dlatego wieczorem, podczas briefingu jedną z ważniejszych kwestii był
stan naładowania lamp inspektora gadżeta.
Stefana
nie mieli zapewne problemów natury etycznej, zabić czy nie zabić. Ja jednak
nie należałem do grupy wtajemniczonych i Sztefan (jak go nazywali Fistaszkowie)
stanowił dla mnie nie zapisaną kartę, która na początku była zbyt kontrowersyjna.
W trakcie powrotu wyjaśniliśmy sobie te kwestie i okazało się, że on odbierał
mnie jak sztywniaka nastawionego na wynik (sic!). Na szczęście do morderstwa
nie doszło, nie musiałem więc uciekać przed egipskim wymiarem sprawiedliwości.
Mietek wciągnął go pod wodę i wtedy stał się cud. Stefan stał się spokojny,
okazał się duszą towarzystwa a jego trudne do zaakceptowania wcześniejsze
zachowanie wynikające zapewne z naturalnych obaw przed nurkowaniem ustąpiło
jak nożem uciął.
się
zepsuć na morzu". Była to prawda niepodważalna, jednak wrażenie,
że dopadł nas pech było silne a co za tym idzie, rodziła się świadomość,
że jest wśród nas pechowiec. Teoria miała swoje potwierdzenie dwa dni
później. Gdy leżeliśmy sobie wygrzewając się na słoneczku jak te kocury
na zapiecku dostaliśmy sms'a od Czechów, którzy bez przeszkód zaczęli
safari, dzień wcześniej niż my. Od razu wiadomo było, kto zgarnął z autokaru
pecha, w maszynowni ich łodzi wybuchł pożar, ewakuowano ich na pewien
czas, ogień ugaszono, ale po powrocie na pokład nie mieli ani prądu, ani
wody. Więc nie ma wątpliwości, kto z nas miał pecha, choć w autokarze
wyglądało to inaczej. Ciekawe jak sklasyfikować sytuację, w której znaleźli
się nurkowie tej łodzi ze zdjęcia. Najprawdopodobniej źle parkowali przy
rafie i ich ugryzła w dno, kąsnęła dość mocno bo z gracją klapnęli metr
niżej niż oczekiwali. Teraz pytanie: mieli, czy nie mieli pecha?