skoki w Warszawie, Trójmieście i na Mazurach | skok spadochronowy | skoki spadochronowe | skok w tandemie | skoki w tandemie | skok ze spadochronem | skoki ze spadochronem | skoki tandemowe

skoki spadochronowe z instruktorem

Tandemy.pl
skoki tandemowe
1

Chcesz skoczyć?
Zadzwoń: 0-606 321 181

2

Kliknij, aby zarezerwować skok w tandemie dla siebie lub bliskich
(Click for Tandem reservation form)

3

Chcesz się dowiedzieć więcej?
Wypełnij formularz, a my
skontaktujemy się z Tobą

Główna -> Wyjazdy spadochronowe -> Gdzie już byliśmy ->
Safari nurkowe w Egipcie - zima 2005 Email
lionfishW telegraficznym skrócie: to co zobaczyłem i co przeżyłem znacznie przerosło moje oczekiwania.

Okiem organizatora imprez można by oczywiście dostrzec pewne zasadnicze niedociągnięcia, które leżały po stronie poznańskiej firmy Nautica i Triady. Jednak jak mawia Włodek: "tak widać miało być". Najważniejsze jest przecież to, że w fajnej grupie przeżyliśmy wspaniały wyjazd (bardzie adekwatne byłoby określenie 'wypływ') na Morze Czerwone.
Zaczęło się zupełnie zwyczajnie - spotkanie na lotnisku Okęcie. Przede mną mocne i proste postanowienie nabąbania się w samolocie znanych linii Air Cairo. Jednak to co miało być proste skomplikowało się z powodu panienki siedzącej w budce Triada, która to panienka zakomunikowała, że coś jest nie tak, bo ona nie ma tylu biletów ile jest na liście Pawła - nieformalnego opiekuna grupy. Szybkie telefony, głównie Jarka - stanowiącego jednoosobową grupę nacisku, krzyżowy ogień informacji i panienka ręcznie wypisała brakujące bilety. Poziom jej uprzejmości w skali 2 do 5, plasował się bardzo blisko liczby 2.

lionfishW telegraficznym skrócie: to co zobaczyłem i co przeżyłem znacznie przerosło moje oczekiwania.

Okiem organizatora imprez można by oczywiście dostrzec pewne zasadnicze niedociągnięcia, które leżały po stronie poznańskiej firmy Nautica i Triady. Jednak jak mawia Włodek: "tak widać miało być". Najważniejsze jest przecież to, że w fajnej grupie przeżyliśmy wspaniały wyjazd (bardzie adekwatne byłoby określenie 'wypływ') na Morze Czerwone.
Zaczęło się zupełnie zwyczajnie - spotkanie na lotnisku Okęcie. Przede mną mocne i proste postanowienie nabąbania się w samolocie znanych linii Air Cairo. Jednak to co miało być proste skomplikowało się z powodu panienki siedzącej w budce Triada, która to panienka zakomunikowała, że coś jest nie tak, bo ona nie ma tylu biletów ile jest na liście Pawła - nieformalnego opiekuna grupy. Szybkie telefony, głównie Jarka - stanowiącego jednoosobową grupę nacisku, krzyżowy ogień informacji i panienka ręcznie wypisała brakujące bilety. Poziom jej uprzejmości w skali 2 do 5, plasował się bardzo blisko liczby 2.
Lot Air Cairo dla spadochroniarza, bez spadochronu stanowi katusze. Trzeba w rozsądku znaleźć argumenty, jak bardzo latanie jest bezpieczne i jak dobrze muszą być wyszkoleni piloci egipscy, wywodzący się prawdopodobnie z wojsk lotniczych. w oczekiwaniu na paszę niektórych skręcało z głoduNa pomoc rozsądkowi przyszedł jeden z najstarszych środków odurzających powstający w wyniku destylacji sfermentowanego słodu. Zmieniła się płaszczyzna percepcji, poprawił się humor i kilka godzin przeleciało jak z bicza strzelił.
Wysiedliśmy w upał i duchotę. Siedząc na walizkach oczekiwaliśmy na autokar, który miał nas sprawnie przewieźć niemal 300 km na południe, w stronę Sudanu do miejscowości Marsa Alam. Powoli zacząłem utrwalać sobie niektóre z imion współuczestników safari. Jak się okazało większość znała się już całkiem dobrze z pracy, z innych wyjazdów i przypadkowych wydarzeń dowodzących tego, jak Świat jest mały. Oczekiwanym autokarem podjechał 'wieprzoryb', egipski koleżka o mrożącym krew w żylakach wyglądzie. Istna pochwała egipskiego przemysłu tytoniowego i kalorycznych fastfoodów - makabra w wytłuszczonych spodniach. Wieprzoryb jechał jeszcze gorzej niż wyglądał, bujał się od bandy do bandy, jechał przerażająco wolno i tylko po żarzącym się papierosie widać było, że raczej żyje, raczej nie śpi i może widzi drogę przed sobą. Podróż urozmaicali nam czescy nurkowie, którzy podążali mniej więcej tam, dokąd my, i którzy bawili się w podobnie słowiańskim stylu.
W trakcie wielogodzinnej jazdy Paweł dowiedział się, że łódź 'Sahara' zamiast na morze wybiera się do suchego doku. Byliśmy już bliżej niż dalej celu. Szybkie telefony, poniesiony głos, burza mózgów zaowocowały planem B. Wracamy do punktu wyjścia - do Hurgady, gdzie ponoć czeka na nas jakaś wypasiona łódź - zamiast oczekiwanej Sahary. od błysku lampy, wieprzorybowi wyleciał papieros ;)
Tymczasem wieprzoryb wyglądał już tak, jakby przechodził zapaść, zawał i jaskrę za razem. Jechał coraz gorzej i coraz wolniej. Baliśmy się z nim wracać.
Uzgodniliśmy więc, że prześpimy się i dopiero rano wrócimy z nowym kierowcą.
Paweł telefonicznie ustalił, że dobrym miejscem będzie
"Beduin's Valey", bungalowy otoczone piaskiem pustyni z bardzo dalekim widokiem na morze. Byliśmy bardzo zmęczeni, ale nie na tyle, aby zasnęły nasze powonienia. Koce Beduinów można było odnaleźć nawet w całkowitych ciemnościach po charakterystycznym smrodzie.
Zaczynało robić się niewesoło, bez łodzi, po wielu godzinach jazdy w brudnym autokarze, po lichej kolacji i w marnym hotelu humory bardzo zwiędły. Ranek nie poprawił ich, autokar i kierowca nie zmienili się, wieprzoryb wyglądał jakby nadal nie zaznał snu ani kąpieli. Był tylko jeden plus: Paweł dostał cynk, że łódź faktycznie czeka na nas i zgodnie z zapowiedzią jest wypasiona.
Ruszyliśmy rano z kopyta, oczywiście jak na możliwości wieprzoryba. Po tym, co zaprezentował to naprawdę mogło się podobaćpoprzedniej nocy, za dnia pędząc 70 km/h należał mu się nowy pseudonim - 'supersonic'.
Nakręcaliśmy się po drodze nurkowaniem, które zrobimy zaraz po zaokrętowaniu. Mohammed, nasz dive master zapowiadał, że powinniśmy jeszcze zrobić proste nurkowanie kontrolne, aby określić, co kto umie. Po południu zobaczyliśmy naszą Queen Hannah, robiła wspaniałe wrażenie zarówno z zewnątrz jak i w środku. Zwiędnięte humory zostały podlane optymizmem i zaraz rozkwitły. Czekaliśmy na wypłynięcie i pierwszego nura. No i się nie doczekaliśmy. Biurokracja egipska jest niezłym wrzodem na dupie turystów. Zezwolenia, inspektorzy, papierki, podpisy a słońce gnało ku horyzontowi. Gdy wyruszaliśmy wiadomo już było, że na pewno straciliśmy bezpowrotnie drugi dzień planowanego nurkowania. Szczęście, że kucharz pokazał nam swoje umiejętności i załagodził napięcie powstałe przez wypadnięcie z harmonogramu pierwszego zejścia pod wodę.
Rano wraz z Kasią i Mohammedem zeszliśmy wreszcie pod wodę. Jak rany, dla mnie, który do tej pory pograsował trochę tylko w wodach rodzimego Bałtyku to był szok. Oczywiście był też stres związany z samym nurkowaniem, miałem przecież ładnych kilka lat przerwy, więc tętno podczas zanurzania oscylowało w zakresie od 180 do nieskończoności. Maska mi przeciekała, stres mnie zżerał a ja odgryzałem się za to na butli i zżerałem zastraszające ilości powietrza. Prawdę powiedziawszy chodziły mi po głowie myśli, że ja się do tego nie nadaję i jakoś przemęczę się do końca wyjazdu ucząc się tyle, ile się da.Całe szczęście zasada, którą kiedyś wpoili mi instruktorzy z Rosji na niepowodzenia w skakaniu - 'skakać, skakać, skakać!' pomogła również w przypadku nurkowania w wodzie. Po prostu zaczęło się robić coraz fajniej. Im bardziej stres malał, tym jakby więcej obiektów godnych uwagi pojawiało się pod wodą.
Nie tylko ja występowałem w roli nowicjusza i na szczęście nasza dive master'ka - Kasia miała sporo cierpliwości i spokoju wewnętrznego. Tak przynajmniej to wyglądało z mojego punktu widzenia. W tej materii zgadzała się ze mną również Ula. Na marginesie, Ula jak zwykle przed zejściem pod wodę informowała, jak bardzo jest zestresowana, opalanie zostało wła�nie brutalnie przerwane kolejnym briefingiemtym co ją za chwilę spotka, w wodzie zachowywała się od początku do końca w 100% poprawnie. Po wyjściu na pokład znowu przeżywała swój stres, tym razem od drugiej strony, od strony teraźniejszości w przeszłość - ale ten typ tak po prostu ma :) coś musi być w podręcznym buforze stresu.
Wrażeniami spod wody dzieliliśmy się podczas posiłków i na dwóch górnych dekach. W zależności od tego jak wiało, lub jak była oświetlona przez promienie słoneczne nasza łódź, życie towarzyskie koncentrowało się na wyższym, bądź najwyższym pokładzie. Smażalnia, czytelnia i kącik pogawędek w jednym. Cała grupa mogła wreszcie pogadać używając standardowego wyposażenia, czyli narządu mowy a nie samych dłoni - zmęczonych już od rozmów pod wodą. A było o czym mówić.
Nurkowania były przygotowane profesjonalnie. Wybór miejsca pozwalał zarówno OWD (open water diver - czyli samodzielni ale wymagający nadzoru) jak i zaawansowanym na ciekawe trasy. Zwykle pływaliśmy w trzech grupach: OWD z Kasią, zaawansowani z Mohammedem i grupa specjalna 'fistaszki team', która pływała jeśli chciała pod wodzą Mietka. Nurkowaliśmy przynajmniej trzy razy dziennie a kilka razy dodatkowo jako czwarte zejście pod wodę inspektor gadżet - Piotrorganizowane było pływanie nocne. Warto wspomnieć w tym miejscu o inspektorze gadżecie - Piotrze, który pokazał nową jakość oświetlenia przestrzeni pod wodą swoimi przelatarkami. Przy innych źródłach światła wyglądało to jakby wśród świecących w nocy owadów ktoś znienacka włączył szperacz przeciwlotniczy. Dlatego wieczorem, podczas briefingu jedną z ważniejszych kwestii był stan naładowania lamp inspektora gadżeta.
Dzień choć upalny i bezchmurny jest krótki o tej porze roku i aby wyrobić się z planem 3-4 nurków dziennie musieliśmy wstawać około szóstej. Dopiero po odprawie i pierwszym nurkowaniu przysługiwało nam śniadanie. W tym czasie stuff na łodzi nabijał dla nas butle. Zgodnie z tajnikami organizowania takich safari, pierwsze nurkowanie w danym dniu było zwykle najgłębsze a dwa pozostałe należały do rekreacyjnych, płytkich zejść pod wodę. Podczas drugiego nurkowania mieliśmy najbardziej przychylne warunki do robienia zdjęć pod wodą. W całej grupie mieliśmy tylko trzy urządzenia przystosowane do wielokrotnego użycia pod wodą, mimo tego udało się sporo nagrać i napstrykać.

Stefan
Wróćmy jednak do pierwszego zejścia pod wodę. Wiązało się ono z dość ciekawym faktem natury psychologicznej. Fakt ten wiązał się zaś z ciekawym osobnikiem, jakim niewątpliwie jest Stefan. Nie będę owijał w bawełnę, że miałem ochotę go zamordować w pewnym momencie naszej podróży. Eskalacja negatywnych odczuć nastąpiła u mnie podczas pierwszej odprawy przed nurkowaniem. Stefan odegrał niesamowity wręcz taniec głuszca, zwracając swoją osobą uwagę wszystkich i oczywiście utrudniając pracę Mohammedowi i Kasi. Energia wkładana w sciąganie na siebie wzroku i słuchu uczestników safari wzrastała wykładniczo im bliżej było do pierwszego nura. Oczywiście tą zależność można było dostrzec dopiero po odkryciu jej przyczyny. Ci, którzy wcześniej poznali Jak widac Stefan wzbudza pozytywne wibracjeStefana nie mieli zapewne problemów natury etycznej, zabić czy nie zabić. Ja jednak nie należałem do grupy wtajemniczonych i Sztefan (jak go nazywali Fistaszkowie) stanowił dla mnie nie zapisaną kartę, która na początku była zbyt kontrowersyjna. W trakcie powrotu wyjaśniliśmy sobie te kwestie i okazało się, że on odbierał mnie jak sztywniaka nastawionego na wynik (sic!). Na szczęście do morderstwa nie doszło, nie musiałem więc uciekać przed egipskim wymiarem sprawiedliwości. Mietek wciągnął go pod wodę i wtedy stał się cud. Stefan stał się spokojny, okazał się duszą towarzystwa a jego trudne do zaakceptowania wcześniejsze zachowanie wynikające zapewne z naturalnych obaw przed nurkowaniem ustąpiło jak nożem uciął.

Pech czy szczęście?
Zwykle na tak postawione pytanie można odpowiedzieć dopiero po dłuższym czasie, nabierając perspektywy i obserwując następstwa dyskusyjnej sytuacji. W trakcie naszej koszmarnej jazdy z wieprzorybem większość z nas uważała, że to materializacja pecha, Włodek przedstawiał inny aspekt tej samej sytuacji tłumacząc: "lepiej, że łódź Sahara trafiła do suchego doku teraz, niż gdyby miała to nie fatamorgana, oni tonš, powoli i spokojniesię zepsuć na morzu". Była to prawda niepodważalna, jednak wrażenie, że dopadł nas pech było silne a co za tym idzie, rodziła się świadomość, że jest wśród nas pechowiec. Teoria miała swoje potwierdzenie dwa dni później. Gdy leżeliśmy sobie wygrzewając się na słoneczku jak te kocury na zapiecku dostaliśmy sms'a od Czechów, którzy bez przeszkód zaczęli safari, dzień wcześniej niż my. Od razu wiadomo było, kto zgarnął z autokaru pecha, w maszynowni ich łodzi wybuchł pożar, ewakuowano ich na pewien czas, ogień ugaszono, ale po powrocie na pokład nie mieli ani prądu, ani wody. Więc nie ma wątpliwości, kto z nas miał pecha, choć w autokarze wyglądało to inaczej. Ciekawe jak sklasyfikować sytuację, w której znaleźli się nurkowie tej łodzi ze zdjęcia. Najprawdopodobniej źle parkowali przy rafie i ich ugryzła w dno, kąsnęła dość mocno bo z gracją klapnęli metr niżej niż oczekiwali. Teraz pytanie: mieli, czy nie mieli pecha?

Ogłaszam tymczasowy koniec. Pomimo tego, że czuję się pod presją wszystkich, którzy domagają się dalszego ciągu (bardzo mi miło) to usiadłem i nie wiem co dalej pisać, a jak nie ma veny to nie da się ciekawie tworzyć. Wobec tego przyłożę się do opisania jakiegoś innego wydarzenia i jeśli Ula udostępni mi kawałek strony to zapoznam Was z tym na pewno.

Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.