| Wyjazd do Lillo - luty 2007 |
|
|
Przyjemność ma charakter cykliczny. Wyjazdowa przyjemność oczywiście też. Trudno mi się połapać ile wyjazdów na skoki już zorganizowałem ale za każdym razem życie udowadnia mi że zdecydowanie WARTO. Po raz kolejny udowodnione zostaje, że grupa ludzi, którzy jadą z zamiarem dobrego bawienia się skazana jest na dobrą zabawę. Droga do Lillo Na pewno nie była to dla mnie i Dynamita droga na skróty. Pojechaliśmy do Lillo przez Marsylię i miejscowość Le Luc, gdzie swą siedzibę ma Basik Air Concept. Odbyliśmy tam staż mechaników układaczy. Przyjemność ma charakter cykliczny. Wyjazdowa przyjemność oczywiście też. Trudno mi się połapać ile wyjazdów na skoki już zorganizowałem ale za każdym razem życie udowadnia mi że zdecydowanie WARTO. Po raz kolejny udowodnione zostaje, że grupa ludzi, którzy jadą z zamiarem dobrego bawienia się skazana jest na dobrą zabawę. Groźny Was wita! Było nas18-ścioro one były dwie. Piękne długie lśniące skrzydła krótko mówiąc szwajcarskie cacuszka, marzenia każdego właściciela polskiej strefy. Drużyna zgrana gotowa na skok z 4000 m za dnia, na Tereske wieczorem. Niemalże wszyscy studenci ukończyli AFF, jedni łapali to szybciej inni WOLNIEJ (np. w 10 skokach jak ja nie wiem ja chyba lubię latać z Iwanem) Po ukończeniu kursu każdego czekała jakże upragniona nagroda, pierwszy samodzielny skok. Lekkość,bezgraniczna przestrzeń, uderzające powietrze w twarz oraz świadomość tego, że teraz musisz liczyć na siebie, na umiejętności wyniesione z kursu. Bip Bip otwieram drzwi zimne orzeźwiające powietrze wdziera się do środka samolotu. Separacja 10s pilocik sprawdzony uchwyty na swoim miejscu taśmy zapięte. Moja kolej wychodzę na podest widzę Iwana ze świeżym kursantem (jeszcze wczoraj ja byłem uczniem) no to skacze. Wbrew wszystkim przypuszczeniom pierwszy samotny skok trwał znacznie dłużej niż przypuszczałem. Po wykonaniu wszystkich zaplanowanych ćwiczeń starczyło czasu na zabawę: w moim przypadku były to salta. 2000 kaczuszki nie wiem, po co to zrobiłem chyba z przyzwyczajenia 1500 pilocik poszedł czasza się napełniła i latam sobie jak święta krowa na Navigatorku. Lądowanie również udane ja zwykle 7 punktowe stopy-kolana-łokcie-maska W każdym kolejnym skoku pojawiał się dylemat, w jaki sposób wyjść z samolotu może saltami, z podestu dla kamermena lub położę się plecami na strugi. Pomysłom nie było końca. Natłukłem troszeczkę cyfry aż nadszedł dzień, w którym skoczyłem na własnej układce. Spinka przez cały skok miałem dłonie na uchwytach pilocik wyrzucony taśmy szczeliły po udach twarde otwarcie a jednak spadaki chcą się otwierać. Jeśli ktoś niema pomysłu jak spędzić najbliższy urlop polecam ten sposób. Pozdro Darek witam serdecznie..przesylam kilka slow o moich przezyciach dotyczacych wyjazdu. Nie wiadomo skad tak naprawde wzial sie moj pomysl,na zrobienie kursu aff..moze bylo to zwiazane z tym ze dosc czesto powtarzal mi sie sen o lataniu,a moze z tym ze mialem ochote zabawic sie,rozerwac,sprobowac czegos innego.Nigdy wczesniej nie mialem nawet najmniejszego kontaktu ani ze spadochronem,ani z niczym co sie moze z nim wiazac;]W kazdym badz razie pojechalem do Lillo zupelnie zielony jezeli chodzi o ten rodzaj rozrywki. Bardzo dobre przygotowanie teoretyczne oraz super fachowa opieka naszego "szefa bossa" sprawila ze poczulem sie znacznie pewniej i gotowy do podboju swiata:) W koncu nadszedl dzien w ktorym pierwszy raz przekroczylem prog pilatusa,gdy znalezlismy sie na wysokosci 4000m dzrzwi otworzyly sie i ten dzwiek paralizujacy,przypominajacy ze nadszedl czas na to by zmierzyc sie z grawitacja...kurcze to bylo dosc stresujace,szcerze powiedziawszy...ale pierwszy krok zawsze jest najtrudniejszy...jak juz wyskoczylem to mnie nie bylo,lecialo tylko moje cialo spiete jak "kozie buly"doszedlem do siebie dopiero po otworzeniu spadochronu(o dziwo zrobilem to sam:)i wtedy sie zaczelo..odetchnalem ze spokojem rozejrzalem sie dookola,cos niesamowitego..pieknie malujacy sie krajobraz z lotu ptaka..hehe dokladnie ten sam co w moim snie;]to bylo cos, do dzis wspominam zamykajac oczy jak lece po niebie. Z kazdym kolejnym skokiem nabieralem wiekszej pewnosci siebie i wiekszej checi poprawienia swych dotychczasowych bledow.To jest dosc uzalezniajacy sport i pomimo tego ze odczuwa sie jakies obawy,wieksze badz mniejsze to i tak chce sie skakac..To jest uzaleznienie od adrenaliny;] Pomimo tego ze czas nie pozwolil mi skonczyc kursu i zatrzymalem sie na etapie 6 skoku to i tak nie zaluje ani jednej chwili spedzonej na tym wyjezdzie.Mimo tego ze bylo duzo czekania a malo skakania,nie zaluje ani jednego momentu,nawet tych wszystkich godzin przespanych w hangarze;)Nie zaluje rowniez ladowania u Teresy,mam nadzieje grozny ze mi wybaczysz hehe;] Wielkie dzieki dla Iwana,Uli calej ekipy skladajacej spadochrony i dla wszystkich uczestnikow wypadu do LILLO 2007!!!Do zobaczenia w Przasnyszu!!! Przygód kilka wróbla Ćwirka ;) Każdy wyjazd gdziekolwiek byśmy się nie ruszyli charakteryzuje się różnymi przygodami, wrażeniami oraz wspomnieniami, które zarysowują się w naszej pamięci. Wyjazd do Skydive Lillo był takim, który napewno będziemy długo wspominać. W telegraficznym skrócie początek naszej przygody wyglądał tak: zbiórka na lotnisku Okęcie, potem rozdanie biletów, odprawa biletowo-bagażowa, paszportowa a następnie drobne zakupy bezalkoholowe ;) w sklepie bezcłowym co by nam w czasie lotu w gardłach nie zaschło. Po drodze jeszcze mały przemyt nożyczek oraz pincety, które się zapodziały w bagażu podręcznym (także w razie co było czym sterroryzować załogę) i jesteśmy gotowi do lotu. Z uwagi, iż mieliśmy rozsiane miejsca po całym pokładzie samolotu więc po stracie zrobił się w nim dosyć spory ruch, w dodatku w kolorze pomarańczowym. Jako że byliśmy dość żywiołową grupą przy okazji wędrówek po samolocie (w celu pogaduszek i nie tylko) "integrowaliśmy się" mimowolnie z innymi pasażerami. Najlepiej wychodziło to Natalii i poznała chyba też całą załogę ;) Po wylądowaniu w Madrycie czekał na nas kordon powitalny w składzie Iwan, Dynamit, Thomas oraz Agata, a w drodze do Lillo w Van4Fan'ie serwowano nam wino (prawie jak w Business Class). Sielankę panującą w Van4Fan'ie przerwał telefon od Jareckiego. Tak mu się spodobało madryckie lotnisko, że postanowił zostać na nim dłużej niż reszta nas i trzeba było się po niego wracać. Ale jak się okazało później lotnisko spodobało się również jednemu z naszych bagaży i w nocy ponownie trzeba było odwiedzić Terminal przylotów. Na szczęście nie ewakuowano lotniska w związku z "bezpańskim" bagażem. Przygód związanych z madryckim lotniskiem było jeszcze przynajmniej dwie. Dzięki jednej ja, Natalia, Emilka i Groźny (którego odebraliśmy z lotniska) zwiedziliśmy trochę Madryt (a raczej różne obwodnice wokół Madrytu) wyjeżdżając źle z lotniska i robiąc około 80 km zanim wróciliśmy w końcu na drogę prowadzącą do Lillo. Najbardziej w tym śmieszne, że kogo tylko pytaliśmy o drogę wskazywał co innego i tak jeździliśmy niewiadomo gdzie i w jakim kierunku, a na naszej mapie, na której mieliśmy główne drogi i obwodnice Madrytu nie umieli nam wskazać w którym miejscu jesteśmy. Innym razem z Andrzejem mając w czasie jazdy drobną awarię samochodu w drodze na lotnisko po nową grupę na kurs AFF poznaliśmy "gościnność" Hiszpanów i musieliśmy radzić sobie sami. Trochę podnieśli nam swoją życzliwością ciśnienie, ale dzięki małemu szczęściu w nieszczęściu daliśmy sobie sami radę i ruszyliśmy dalej. Może gdyby była z nami Teresa użyłaby swoich wdzięków i tamci Hiszpanie byliby trochę przyjaźniejsi i bardziej pomocni. Oby los był łaskawy w przyszłości dla tych "życzliwych inaczej" pracowników przydrożnego auto-szrotu. Po powrocie do Lillo miejscowy mechanik samochodowy pan "Henio Złota Rączka" w swoim warsztacie EL MECÁNICO (czy coś takiego) dokończył naszą prowizorkę ;) i dokręcił to co nam się nie udało w drodze. Ach te przygody, przygody Pozdrawiam. Zima No to i ja sobie pozwolę. Było tak… Dawno, dawno temu wykonałem kilka skoków „na linę”, później długa przerwa kiedy myślałem że już mi przeszło i po kilku latach niespodziewany „przypadkowy” kontakt z Iwanem po którym okazało się, że „to” tak łatwo nie przechodzi. Skakanie to choroba przewlekła z powikłaniami którą można tylko zaleczyć – wyleczyć nigdy. A więc Lillo! Nie żmudne szkolenie „na linę” z pracami społecznym dla aeroklubu, tylko prawdziwe skakanie! AFF! Pogoda w słonecznej Hiszpanii nie była taka słoneczna, więc miałem kilka dni na podenerwowanie się przed pierwszym skokiem. Teoria zaliczona, ćwiczenia w hangarze w zasadzie też i czekamy. 39–ta kawa podana przez miłego właściciela baru na strefie i komenda – lecimy. Kurna jakiego ja miałem pietra. Wysiąść ze sprawnego samolotu na wysokości 4 kilometrów – to jakiś absurd, co ja tu robie?? Ale nic to, twardym trzeba być jak orzeszek a nie miękkim jak kaczuszka, więc lecimy, jakoś to będzie. Pierwszy kilometr – luzik, drugi – spoko, żarciki, dowcipy – widzę, że chłopaki kompletnie nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji… trzeci – zakładamy kaski, okularki, łapka z towarzyszami niedoli no i zaczęło się. Drzwi otwarte, mordki rozradowane, kiwnięcie główką w drzwiach i tyle ich widziałem. Teraz moja kolej. Iwan wyluzowany, łapie mnie za taśmę i wychodzi na stopień. No to po zawodach – już się nie wycofam. Kojąca świadomość, że chłopina duży, swoje waży, więc wytarga mnie z tego samolotu bez żadnego problemu zdejmuje ze mnie dużą część stresu. Podchodzę do drzwi, ukłon w prawo, ukłon w lewo i chopa. Lecimy!! Po jakichś 10-ciu sekundach świadomość dogoniła bezwładnie spadające ciało i od tego czasu latamy już razem. Zero stresu! Kurna jak pięknie! Iwan coś macha, coś pokazuje …. zaraz, zaraz, coś było mówione przed skokiem, że coś będziemy robić…. jakieś ćwiczenia, jakieś symulacje otwarcia…. Ok., jaźń zadomowiła się już na dobre, rozgościła się, ale ogląda widoczki zamiast zająć się robotą. Trzeba się skupić i coś zrobić po pokazaniu przez Iwana kółka. Chwilę trwają nieporozumienia między jaźnią a kompletnie nieczynnym układem mięśniowym i wreszcie kończyny górne zaskoczyły. Dolne odcięte od procesora ale górnymi przeprowadzam udaną symulację otwarcia. Patrzę nawet na wysokościomierz, pokazuję koniec ćwiczeń na 2000, jeszcze chwila i otwieram na 1700. SAM! O rany, jaki ja zdolny jestem. Skok trwał w moim odczuciu ze 12 sekund a ja tyle różnych rzeczy w tym czasie zrobiłem. No po prostu the beściak. A teraz jestem kilometr nad ziemią, nade mną bezpieczny spadochron, cisza, spokój. Co zrobić, żeby ta chwila trwała jak najdłużej?? Niestety wszystko się kiedyś kończy i po krótkim kontakcie z naturą i poszukiwaniu nirwany trzeba się skupić i poszukać lotniska bo wyląduję na balkonie u Teresy (nasza przemiła gospodyni). Lotnisko jest, miejsce do lądowania określone – lądujemy. Koniec przygody, koniec paraliżującego strachu, koniec tego „pierwszego razu” który już nigdy się nie powtórzy…. trochę szkoda. Hiszpania nas nie rozpieszczała. Dzień albo pół dnia latania i uziemiająca nas karteczka w oknie manifestu: „Stand by” lub „Over 100 jumps”. Zbliża się niedziela kończąca mój pobyt w Lillo a do końca kursu jeszcze ho ho. Coś trzeba z tym zrobić. Na pogodę nie mam wpływu, ale na termin powrotu być może mam. Krótka konsultacja z bazą macierzystą w warszawie i decyzja – przedłużam pobyt. Robota nie zając a ten wyjazd do Lillo już się nie powtórzy. Jak się później okazało była to „jedynie słuszna decyzja” co potwierdził Pablo również przedłużając swój pobyt. Po pięciu skokach (Iwan twierdzi, że sześciu ale ja tandemu nie liczę do kursu i będę się upierał przy pięciu) przychodzi ten dziwny moment. Iwan ogłasza zakończenie kursu. Jestem SAMODZIELNYM SKOCZKIEM! Kurcze zrobiłem to! Zrobiłem wszystkie planowane ćwiczenia i skończyłem kurs AFF! Gratulacje, uściski, podziękowania …. i komenda Iwana - planuj się na wylot! Jak to planuj się??!! Znaczy że co? Że niby mam SAM skoczyć?? Pogięło go?? Ale w zasadzie po to właśnie robiłem ten kurs. Po to żeby skakać. Tylko jakoś do tej pory nie przyszło mi do głowy, że będę to kiedyś robił sam. Ok, planuję się. Zapowiedź z manifestu o wylocie, wsiadamy do samolotu i znowu pierwszy kilometr, drugi, trzeci, czwarty, otwarcie drzwi, wszyscy wyskoczyli, moja kolej …. I SKOCZYŁEM …. Co prawda to nie rozdanie Oskarów a ja nie jestem laureatem ,ale dziękuję wszystkim którzy tam ze mną byli. Uli za pomoc, ćwiczenia naziemne i za to że tam była! Natalii za planowanie i czuwanie nad całokształtem organizacyjnym, Grabarzowi za rewelacyjne układki i dbałość o nasze bezpieczeństwo, Adamowi za tolerowanie mojego chrapania. Wszystkim za super towarzystwo i atmosferę!! Szczególnie i specjalnie dziękuję Ci Iwan za to co robisz i za to jaki jesteś! Do zobaczenia w Pradze! Andrzej No i na deser ja - Pablo Podobnie jak Andrzej przed wyjazdem do Lillo miałem już wykonanych kilka skoków czyli taki zupełnie „zielony” nie byłem. Zaczynałem dawno temu jeszcze w Aeroklubie w Toruniu, później 13 lat przerwy i reaktywacja w Przasnyszu. Ale wszystkie te skoki były wykonywane z wysokości ok.1200m, gdzie zaraz po oddzieleniu się od samolotu otwarcie, opadanie i lądowanie. Do wtedy (tamtej chwili) myślałem, że najfajniejsze w spadochroniarstwie jest sam wyskok z samolotu a później szybowanie na spadochronie i oglądanie krajobrazu z lotu ptaka - jak się później okazało byłem w dużym błędzie. Najlepsze w tym wszystkim jest te kilkadziesiąt sekund od wyskoku do otwarcia - nie da się porównać tych wrażeń z niczym na ziemi !!! Ale nie uprzedzajmy faktów – po kolei czyli jak do tego doszło Pogoda w Hiszpanii nie rozpieszczała – zmienna i nieprzewidywalna jak kobiety przed .... Najgorsze to oczekiwanie w nieskończoność na odpowiednie warunki pogodowe. A miejscowi byli na tym punkcie wyjątkowo przeczuleni: a to duży wiatr, a to zbyt duże zachmurzenie, a to trochę pokropiło i też nie, nie ten kierunek wiatru (samolot nie wystartuje), itp. Andrzej lekko złośliwie żartował, że do tego należy dołożyć jeszcze: niewłaściwy kształt chmur i zbyt dużą wilgotność Niesprzyjające warunki idealnie pomagały na ćwiczenia naziemne (hangarowo – barowe): ćwiczenie płaskiej, obroty, budowa spadochronu, a po zamknięciu manifestu (ale to już w barze) degustacja lokalnego „cerveza”. W tzw. międzyczasie kontakt ze światem za pomocą Internetu (w barze lotniskowym działało bardzo sprawne łącze Wi-Fi). No i nadszedł wreszcie ten moment, że nic już nie stało na przeszkodzie aby rozpocząć praktyczną część kursu. Ostatnie uwagi Iwana, sprawdzenie sprzętu i do samolotu. Miejsce przy oknie z widokiem na panoramę okolicy o:-). No i zaczęło się - zapach nafty, odpalanie silnika, start i podwyższony puls. Na wysokości ok.2000m. przepiękne chmury, tuż wyżej słońce, a w samolocie -15 (dziwne im bliżej słońca tym zimniej). Na wysokościomierzu 3500m - ostatnie przygotowania, ponowne sprawdzenie sprzętu (kontrola najwyższa formą zaufania !), sygnał pilota (przeraźliwy i dodatkowo stresujący), otwarcie drzwi i powiew świeżego powietrza. No i zaczęło się najlepsze i najpiękniejsze 55 sekund całego skoku. Szczegóły dopiero mogłem oglądać na filmie (każdy skok rejestrowany przez Iwana) bo pierwszy skok AFF to niespotykane wrażenia i doznania - cudowne widoki, przepiękny chmury oglądane z drugiej strony (z góry), zaje...sta prędkość, jakiś "gość" lecący tuż obok i pokazujące jakieś znaki - kiedy dookoła tak pięknie. Aż za bardzo - bo za pierwszym razem od tego otaczającego piękna zapomniałem samodzielnie otworzyć spadochron. Całą zabawę "popsuł" właśnie Iwan" lecący tuż obok, który otworzył mi spadochron (nie tylko mi zresztą). A później to już tylko przygotowanie do lądowanie, wybór odpowiedniego miejsca, zaciągniecie sterówek i...po wszystkim. First level zaliczony. Kolejne skoki dostarczyły kolejnych wrażeń - samodzielne wyjście, podwójne salto do tyłu, kontrola obrotów, no właśnie obroty (pier...ne obroty) - walczyłem z nimi kilka kolejnych skoków – pewnie kombinezon miął za krótki jeden rękawek i to właśnie było tego przyczyną. Podobnie jak Groźny wpadałem w takie wirowanie, że nie do odkręcenia. Kolejnych kilka skoków ćwiczyłem „nie zakręcanie się” - a nie było łatwo. Próbowałem różnych sposobów: a to samymi rękoma, a to z dołożonymi kolanami, a to zdradzony w wielkim sekrecie sposób na "cyce Teresy" (pozdro Teresa o:) – ale też nie pomogło. Jak się później okazało najlepszym sposobem jest sposób wynaleziony przez radzieckich uczonych - trzeba skakać, skakać i jeszcze raz skakać o:-) Aż wreszcie nadszedł ten moment, że udało się opanować obroty - ba nawet obracałem się tam gdzie chciałem i udało się zaliczyć cały kurs AFF !!! Może nie tak jak Andrzej w 6-ciu skokach (licząc z tandemem) no ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło - za to mam więcej filmów z AFF !!! i z Groźnym wiemy co to porządne obroty ! W tym miejscu chciałem gorąco podziękować Andrzejowi i Groźnemu (wielkie dzięki chłopaki!!!) za pomoc i odstąpienie swoich kolejek tak abyśmy z Darkiem mogli ukończyć kurs w I turnusie. Niestety warunki pogodowe nie pozwoliły zmieścić się w 1 tygodniu i zmusiły do pozostania na drugi turnus – „jedynie słuszna decyzja” ale czego się nie robi dla skakania. J A po kursie kolejne już całkowicie samodzielne skoki - Iwan zapakował nas tylko do samolotu, pomachał nam na drogę, kilka cennych uwag a dalej to już radziliśmy sobie samodzielnie. I od tego momentu zaczyna się najpiękniejsza przygoda ze spadochroniarstwem – ułożyć sobie spadochron, zaplanować się na skok, zająć miejsce w samolocie, wyskoczyć i delektować się bezmiarem otchłani, kontrolowane otwarcie, lądowanie i tak wszystko od początku.... Na deser ostatni skok w Lillo z Grabem i Iwanem (na ogon…) – czysta poezja, tego nie da się opisać zwykłymi słowami. A wieczorami... wieczorami ... a to już zupełnie inna historia. Ze swojej strony mogę tylko dodać, że nie byłoby tak wspaniałego wypadu do Lillo gdyby nie superfajowa grupa. Niesamowita atmosfera, pomoc i zrozumienie kandydatów dla skoczków przez tych starszych doświadczeniem. Chciałbym podziękować wszystkim, którzy tam byli za wspaniałe wspólnie spędzony czas i niepowtarzalny klimat !!! Lada moment rozpoczęcie sezonu – do zobaczenia w Przasnyszu. Oby Atmosfera była taka sama jak w Lillo! Pablo Droga do Lillo Na pewno nie była to dla mnie i Dynamita droga na skróty. Pojechaliśmy do Lillo przez Marsylię i miejscowość Le Luc, gdzie swą siedzibę ma Basik Air Concept. Odbyliśmy tam staż mechaników układaczy. |










Poznaliśmy wspaniałych ludzi, którzy zajmują się konstruowaniem i testowaniem prototypów spadochronów i pokrowców. Na temat pobytu we Francji i Basik Air Concept możecie przeczytać w artykule Dynamita. Tydzień we Francji, pod znakiem grzebania w spadochronach, serów francuskich i regionalnego wina dobiegł końca i szurneliśmy van4fun'em w strone Hiszpanii. Mieliśmy za zadanie przygotować grunt pod przyjazd pierwszego turnusu skoczków. Tak więc, na strefie przechwyciliśmy klucze od 'caja de Teresa' i zostaliśmy zaskoczeni szerokopasmowo :) Babina, która jest prawdopodobnie właścicielką domu wydaje się w kiepskim stanie technicznym. Dom, który prowadzi jest jednak czyściutki. To chyba jedyny plus jaki na pierwszy rzut oka można przyznać. Wrodzona oszczędność Teresy powodowała (do czasu interwencji), że kaloryfery były częściej zimne niż ciepłe, że gniazdek do podłączenia choćby ładowarki od komputera jest jak na lekarstwo i że jeden pokój jest stale okupowany przez gipsowego jezuska. Bez wątpienia miejsce to jest bardzo charakterystyczne i można pokusić się o tezę, że podobnie mieszkają Hiszpanie w tej części kraju.