|
Mój pierwszy raz 19.07.2008
To ta część ma marzenia, buja z głową w chmurach i tęskni do czegoś innego, niż codzienna rzeczywistość. Ale jest jeszcze ta druga – poukładana, rozsądna i odpowiedzialna i jednocześnie zapakowana w bezpieczny kokonik przewidywalności. Matka dziecku, odpowiedzialny i lojalny pracownik w tej samej firmie od lat nastu…. I gdy ta pierwsza budzi Monika
|











się z uśpienia, albo przychodzą jej do łowy jakieś bardziej namacalne szalone pomysły, żeby coś zmienić, tak diametralnie, rzucić to poukładane życie, ta druga stopuje ją i mówi – no co ty, przecież i tak się nie uda, to za trudne dla ciebie, przecież masz fajne dziecko, niezłą pracę, pensję co miesiąc na koncie, masz gdzie mieszkać. Po co to zmieniać???

W samolocie Dynamit i Iwan (przydzielony mi gumiś z kamerą i aparatem) żartowali rozładowując atmosferę. Ziemia za oknem była coraz dalej i dalej. (Oj chyba jednak wysoko. Przecież ja chyba nie przejdę przez próg tego samolotu). A potem Dynamit przypiął mnie do siebie, posprawdzał, czy wszystko dobrze trzyma, ostatnie piąstki wszystkich ze wszystkimi. Otworzyły się drzwi samolotu i ludzie zaczęli wypadać w przestrzeń. Wtedy zrobiło mi się tak jakoś nieswojo… ale nie było czasu, żeby się nad tym zbyt długo zastanawiać.
Potem podleciał Iwan, podał mi rękę cały czas się uśmiechając. Mnie tez uśmiech już zaczął nieśmiało wychodzić na twarz. Potem lekkie szarpnięcie. Spojrzałam w górę, jak rozkłada się granatowa czasza spadochronu. I wszystko nagle zwolniło i zrobiło się cicho. Leciałam już nie jak jastrząb pikujący do ofiary, ale jak ptak z szeroko rozłożonymi skrzydłami szybujący nad łąką w poszukiwaniu śniadania. Tak jak zawsze chciałam. JA LECĘ chciałam krzyczeć i chciałam, żeby to trwało i trwało i trwało. Dynamit spróbował troszkę pobujać, ale nie, gwałtowne skręty – może jednak nie tym razem. Teraz chciałam po prostu lecieć i czuć jak szczęście przepełnia mnie od palców u nóg do czubka głowy Niestety wszystko się kiedyś kończy.